niedziela, 7 grudnia 2014

EPILOG + Podziękowania ♥

*Dwa lata później (17 sierpnia 2016)* 
*Oczami Laury* 
Wcale nie jest idealnie.
Od paru tygodni wszystko się sypie.
Mój związek z Rossem stał się tak naprawdę tylko fikcją, a jedyne co jeszcze pozwala wierzyć, że istniejemy, to złoty pierścionek na moim palcu. Oświadczył mi się pół roku temu. I niecały rok temu dostał również propozycję grania jako główny wokalista w zespole.
Na początku cieszyłam się z tego, że ktoś odkrył jego talent i dał mu taką szansę. Zgodził się, podpisali kontrakt, a już trzy miesiące później stali się sławnym zespołem na całym świecie.
I wtedy moje życie powoli zaczęło się walić.
Mieli pojechać tylko w jedną trasę koncertową po Europie. Pojechali, wrócili i następna miała się odbyć dopiero za pół roku. Jednak wszystko się zmieniło. Stali się tak sławni, że mieli zaplanowane jeszcze 2 trasy koncertowe. Parę dni siedzieliśmy razem i znowu musiał jechać. Później przyjechał i wtedy już nawet nie miał czasu dla mnie. Wywiady, sesje, gale, przeróżne imprezy... To wszystko działo się tak szybko, że nawet nie wiem kiedy tak bardzo oddaliliśmy się od siebie.
Półtora miesiąca temu, znowu wyjechał w trasę. Ostatni raz widziałam go jakiś miesiąc temu. A najlepsze było to, że był tak zajęty swoimi fanami, że nawet się do mnie nie odezwał.
Teraz wydaje mi się, że to wszystko straciło sens. Tydzień temu do mnie dzwonił. Nie wiem czy tak nagle przypomniało mu się, że istnieję, czy po prostu pomyliły mu się numery. Oczywiście nie odebrałam. Chciałam. Bardzo chciałam. Mogłam znowu usłyszeć jego głos, zwracający się do mnie. Dlaczego nie odebrałam? Ach, ale i tak raz zadzwonił. Po prostu pomylił numery i tyle.
To wszystko mnie już przerosło. To nie miało się tak skończyć. Miało być "długo i szczęśliwie", a nie... smutno i samotnie.
Do tego wszystkiego strasznie schudłam. Praktycznie przestałam w ogóle jeść. Siedzę tylko w moim kąciku i pisze... Pisze piosenki. Są coraz to smutniejsze. I coraz to bardziej nie wychodzi mi pisanie. Słowa się nie kleją, a ja tracę nadzieję, że wszystko będzie jak dawniej. Ech, sama siebie oszukuję. Już nic nigdy nie będzie tak samo.
Nagle usłyszałam trzask drzwi. Lekko zdziwiona wstałam od pianina. W pokoju nagle pojawił się Ross. Teraz patrzał na mnie. Tylko na mnie.
- Hej kochanie - Uśmiechnął się szeroko, a ja znowu usłyszałam jego radosny głos.
I mimo, że byłam tak strasznie wściekła, cieszyłam się, że w końcu go widzę.
- Tak nagle przypomniało Ci się, że masz narzeczoną? - Prychnęłam, bo już nie mogłam wytrzymać.
- Co? O co Ci chodzi? - I wtedy poczułam jak podnosi mi się ciśnienie.
- Jeszcze się pytasz co?! Cholera Ross, nie widziałam Cię już 3 miesiące! Cały czas jesteś w trasie, a jak w końcu raczysz wrócić do domu, to też Cię nie ma, bo chodzisz na jakieś wywiady, czy imprezki! Kompletnie mnie olewasz! Ja się już zastanawiałam, czy Ty jeszcze o mnie pamiętasz! - Krzyczałam, wymachując rękami jak nakręcona.
- Ale dzwoniłem parę dni temu - Och, jakie to jest cudowne usprawiedliwienie.
- Owszem dzwoniłeś. Zadzwoniłeś raz na całe 3 miesiące! - I wtedy opadłam na łóżko i ze łzami w oczach kontynuowałam - Ja już tak dłużej nie mogę.
- L-Laura, o czym Ty mówisz? - Jego zdenerwowany głos, był drżący i pełen obaw.
- To koniec - Szepnęłam i spojrzałam w jego oczy. Stał i patrzał na mnie ślepo.
Ściągnęłam z palca pierścionek i wsunęłam mu w dłoń, po czym wybiegłam z sypialni. Ubrałam sweter i wyszłam z domu.
Naszego domu.
Naszego byłego domu.
Otarłam łzy i ruszyłam w stronę domu mojej siostry i jej męża. Nie powinnam im teraz przeszkadzać, w końcu są świeżo po ślubie i potrzebują chwilę prywatności. Ale gdzie miałam iść? Monic wyjechała na tydzień do Włoch, rodziców też nie ma, pojechali do cioci w Miami... Została mi tylko siostra.
Zapukałam lekko w drzwi. One po chwili otworzyły się, a w nich ujrzałam dorosłą i piękną kobietę. Moją Van.
- Laura? Co się stało? - Zapytała, wpuszczając mnie do środka.
- Ja... - Zaczęłam i wybuchnęłam jeszcze większym płaczem.
Vanessa mnie przytuliła, a ja zaczęłam jej łkać w ramię.
- Cicho... Chodzi o Rossa? - Spojrzałam na nią i pokiwałam głową.
Ta zrobiła tylko zmartwioną minę i przygryzła wargę.
- Zerwałaś z nim? - W tym momencie schowałam twarz w dłoniach, a ona nie potrzebowała nic więcej, żeby zrozumieć, że to koniec - Tak mi przykro.
Znowu mnie przytuliła i tak trwaliśmy jakieś 5 minut.
Później poszłyśmy do salonu. Siedziałyśmy tam i rozmawiałyśmy, pijąc gorącą czekoladę, kiedy nagle do pomieszczenia wparował blondyn. Obok niego po chwili pojawił się mąż Van. Ta spojrzała na niego groźnie.
- Ty go wpuściłeś? - Zapytała marszcząc brwi.
- Nieee? - Jęknął wystraszony.
Dziewczyna wypuściła głośno powietrze i nim się obejrzałam w pomieszczeniu zostałam sama z Rossem. Chłopak nagle ocknął się i podszedł do kanapy. Ja tylko odłożyłam kubek z gorącym napojem.
- Laura, posłuchaj... - Spojrzałam na niego, odgarniając włosy z twarzy - Ja... Przepraszam...
- Ross, to tylko strata czasu... - Chciałam wstać i wyjść, ale chłopak mnie uprzedził i złapał za rękę, odwracając do siebie.
- Wiem, zaniedbałem Cię i to bardzo, ale ja Cię kocham. Proszę, nie kończ tego - Patrzał na mnie oczekując jakiejkolwiek reakcji z mojej strony.
- To nie ma sensu, nie rozumiesz? Cały czas jesteś w trasie, ja nie mogę, nie chcę czekać, aż Ty łaskawie zadzwonisz, albo chociaż napiszesz.
- Nie mogę odejść z zespołu...
- Wiem Ross. Wiem, że zespół jest dla Ciebie ważny, dlatego to ja odchodzę - Powiedziałam i odwróciłam się do niego tyłem.
- Nie, błagam... Nie rób mi tego - Tym razem jego głos się załamał.
- Przepraszam - Szepnęłam i poszłam w stronę łazienki.
- Nie pozwolę Ci odejść... - Usłyszałam, a chwilę potem trzasnęły drzwi.

*Dwie godziny później*
- Ugh, nienawidzę Cię - Jęknęłam, kiedy Vanessa mnie zaciągnęła do parku.
- Nie marudź, tylko siadaj - Popchnęła mnie na ławkę.
- Nie wierzę! Własna siostra chce mnie zgwałcić! - Jakiś mężczyzna spojrzał w naszą stronę.
- Jaki wstyd - Zakryła twarz, odwracając się do mnie tyłem.
- Oj, zamknij się i mów o co chodzi - Odgarnęłam włosy z twarzy.
- Och, ja nic nie chciałam - Uśmiechnęła się do mnie.
- Co? No przecież pogadać chciałaś - Zdziwiona wstałam i założyłam ręce.
- Nie ja, kotku - Uśmiechnęła się i odwróciła mnie w stronę lasu.
- Aha? - Zmarszczyłam brwi.
Wpatrywałam się w korony drzew, kiedy nagle między drzewami ktoś się pojawił.
Z gitarą w ręku. Blondyn. Pojawił się przede mną i zaczął grać znaną mi melodie...

Nie chcę być sławny,
I nie chcę być, jeśli nie mogę być z tobą.
Wszystko, co jem, jest bez smaku,
Wszystko, co widzę, nie porównam do Ciebie.
Paryż, Monako, Vegas,
Wolałbym zostać z tobą.
Gdybym miał wybór!
Kochanie, jesteś najlepsza,
Nie mogę myśleć, że ciebie kiedykolwiek stracę.

A ja po prostu chcę być z tobą.
Tak, nigdy nie mam dość!

Kochanie, oddałbym wszystko,
Oddałbym to wszystko, jeśli nie mogę być z tobą
Wszystkie z tych rzeczy, do bani,
tak to wszystko jest do bani, jeśli nie mogę być z tobą.
Nie oscar, nie grammy, nie rezydencji w Miami. 
Słońce nie świeci, niebo nie jest niebieskie,
Jeśli nie mogę być z tobą.

Mogę pływać po całym świecie,
Nadal nie znajdę miejsca,
Tak pięknej jak ty dziewczyny,
A tak naprawdę, kto ma czas do stracenia?
Nie mogę nawet zobaczyć przyszłość,
Bez ciebie, wszelkie kolorowe skarpetki znikną
Nie ma sposobu żebym stracił cię,
Nikt na świecie nie mógłby kiedykolwiek zająć twojego miejsca.
Nie, niby nie może zastąpić.

Tak, nigdy nie mam dość!

Kochanie, oddałbym wszystko,
Oddałbym to wszystko, jeśli nie mogę być z tobą
Wszystkie z tych rzeczy, do bani,
tak to wszystko jest do bani, jeśli nie mogę być z tobą.
Nie oscar, nie grammy,* nie rezydencji w Miami. 
Słońce nie świeci, niebo nie jest niebieskie,
Jeśli nie mogę być z tobą.
Jeśli nie mogę być z tobą,
Jeśli nie mogę być z tobą.

(Jeśli nie mogę być z tobą) Jeśli nie mogę być z tobą, oh
(Jeśli nie mogę być z tobą) ooh, oh to jest do bani.

Jeśli nie mogę być z tobą!

Wszystkie z tych rzeczy, do bani,
tak to wszystko jest do bani, jeśli nie mogę być z tobą.
Nie oscar, nie grammy, nie rezydencji w Miami.
Słońce nie świeci, niebo nie jest niebieskie,
Jeśli nie mogę być z tobą.
Jeśli nie mogę być z tobą,
Jeśli nie mogę być z tobą.
Z tobą.*

Odstawił gitarę na ławkę i spojrzał na mnie.
- Laura, ja mogę odejść z zespołu, zrobię wszystko, tylko proszę, nie odchodź - Zaczął mówić tak szybko, że mogłam nic nie zrozumieć.
- Nie odchodź z zespołu, ja... - I wtedy mi przerwał.
- Nie! Błagam Cię, ja naprawdę zrobię wszystko, tylko...
- Ross! - Wtedy się przymknął i na mnie spojrzał - Nie musisz odchodzić z zespołu, bo wiem, że jest dla Ciebie ważny, a nie mogę Ci tego odebrać...
- Lau... - Zaczął, ale mu od razu przerwałam.
- Ale obiecaj mi, że będziesz dzwonił jak najczęściej. To jest dla mnie trudne, kiedy praktycznie w ogóle Cię nie widzę, ani nie słyszę..
- Gadałem z zespołem i powiedzieli, że na razie odpuszczamy sobie trasy. Tak na pół roku przynajmniej - Uśmiechnął się do mnie, a ja odwzajemniłam gest.
Blondyn do mnie podszedł i pocałował delikatnie.
Teraz już na pewno będzie idealnie.
NA PEWNO...

*26 stycznia 2017*
*Oczami Rossa*

- Czy Ty Ross, bierzesz sobie za żonę Laurę i ślubujesz jej miłość, wierność i uczciwość małżeńską, oraz, że jej nie opuścisz aż do śmierci? - Spojrzałem na uśmiechającą się do mnie brunetkę.
- Tak - Odpowiedziałem, patrząc w jej oczy.
- A czy Ty Lauro, bierzesz sobie za męża Rossa i ślubujesz mu miłość, wierność i uczciwość małżeńską, oraz, że go nie opuścisz aż do śmierci?
W jej oczach pojawiły się łzy.
- Tak - Szepnęła i mnie pocałowała.

*8 czerwca 2021*
*Oczami Laury*
Czy mówiłam, że będzie idealnie? Ech...
Mężczyzna, który jest moim mężem, kłóci się z moją siostrą i przyjaciółką na tyłach domu.
- Pogięło Cię?! Przecież Hugo mógłby spaść z tej huśtawki i coś sobie zrobić! - Wrzeszczała na niego czarnowłosa, kiedy ten wkręcał ostatnią śrubę.
- Hah, prędzej zabije się na tej zjeżdżalni, bo ty sobie ubzdurałaś, że będzie mu się lepiej zjeżdżało na takiej stromej! - Powiedział wściekły, wskazując na zjeżdżalnie.
- Chyba sobie jaja robicie! Hugo jest drobny i na pewno nie będzie skakał na tej trampolinie, co wybrała Laura! - Krzyknęłam Monic, lustrując tą "niebezpieczną" jakże trampolinę.
- Możecie się w końcu przymknąć?! - Krzyknęłam w ich stronę, wychodząc z domu - Bardzo wam dziękuję za pomoc, ale to ja jestem matką Hugona i nikt nie będzie mi mówić co jest dla niego najlepsze!
Cisza, która teraz zagościła między nami wszystkimi, była strasznie krępująca. Nie dla mnie, lecz dla Rossa i dziewczyn. Wpatrywali się w siebie przez dłuższą chwilę.
- No ale ja jestem jego ojcem i... - Natychmiast przerwałam blondynowi.
- Ty go urodziłeś? - Zapytałam i widać, że poskutkowało... przynajmniej tak mi się wydawało.
- Nie, ale... - Ponownie mu przerwałam.
- Ty przez parę godzin darłeś się i nie mogłeś znieść tego bólu? - Ponownie zapytałam i tym razem się przymknął - No właśnie. Więc proszę was nie kłóćcie się o to, co jest dla niego bezpieczne. Poza tym on ma już 4 lata, no błagam!
- To nie zmienia faktu, że może spaść z tej huśtawki!
- Zapomnij, połamie się jak nic na tej trampolinie!
- Na sto procent za szybko zjedzie z tej zjeżdżalni i coś sobie złamie!
- No przestań, jak można sobie coś zrobić na jakiejś głupiej zjeżdżalni!
- Z huśtawki na pewno nie spadnie, bo ma zabezpieczenia!
- Ale na trampolinie może się za mocno wybić i wiecie co wtedy będzie!
Wpatrywałam się w dorosłych, a wydawało mi się, że to ci sami nastolatkowie co kiedyś. Przekrzykiwali siebie nawzajem. Mówili kto ma rację... No jak dzieci!
- Mamusiu, dlaczego tatuś i ciocie się kłócą? - Spojrzałam na Hugona, który pojawił się tak nagle obok mnie.
- Wiesz co synku? Nie mam zielonego pojęcia - Westchnęłam i wzięłam go na ręce.
- Spierdalaj blond lalo! - Usłyszałam krzyk siostry.
- Vanessa! - Wydarłam się - Jak Ty się wyrażasz przy dziecku?! - Postawiłam syna z powrotem na ziemię.
- Blond lalo?! Odezwała się krwawa Mery! - Odpyskował jej blondyn.
- Dlaczego krwawa Mery?! - Pisnęła zdziwiona dziewczyna.
- A patrzałaś dzisiaj w lustro? - Mężczyzna się zaśmiał.
Czarnowłosa skoczyła na niego z pazurami, a Monik próbowała ją odciągnąć. Ja zaczęłam się śmiać jak opętana i nagle wszyscy spojrzeli się na mnie.
- Z czego się śmiejesz? - Oburzył się Ross, odpychając od siebie moją siostrę.
- Bo miałam nadzieję, że w końcu dorośliście - I znowu zaczęłam się śmiać, a Hugo patrzał na mnie trochę zdziwiony.
- Mamusiu, potrzebujesz czegoś na uspokojenie? - Zapytał, a reszta zaczęła się śmiać.
Ja tym razem wpatrywałam się w nich z założonymi rękami. Blondyn do mnie podszedł i uśmiechnął ciepło.
- Widzisz? Nawet nasz syn uważa, że jesteś trochę nadpobudliwa - Pocałował mnie lekko w usta.
- Fuj! - Usłyszałam pisk Hugona... i dziewczyn również.
- Wy jesteście fuj - Pokazałam im język i znowu wzięłam małego blondyna na ręce.
- I kto tu jest dziecinny? - Prychnął mój mąż.
Spojrzałam na niego mrużąc oczy.
- Och, jak ja kocham jak tak marszczysz nosek - Szepnął i znowu mnie pocałował.
- To nie higieniczne - Usłyszałam obok ucha głos swojego syna.
Zaśmialiśmy się wszyscy.
Ross, choć nadal gra w zespole, ma teraz więcej czasu dla mnie. Dla mnie i Hugona.
To jest coś o czym zawsze marzyłam...
Mam najwspanialszą rodzinę na świecie i niczego więcej mi nie potrzeba.
Kocham ich.
_______________________________________________________________
*Tłumaczenie piosenki 'If I Can't Be With You' - R5
_______________________________________________________________
Ojej, skończyłam... Mój ostatni post na bogu :(
- Chciałabym podziękować za te wszystkie komentarze, których jest aż 805 i które zawsze mnie motywowały do pisania,
- Za 78 obserwatorów, którzy czytali tego bloga,
- Za ponad 78 tysięcy wejść przez ponad 11 miesięcy,
- Za te szczere opinie, które choć czasami były surowe, to zawsze mi pomagały,
No i po prostu za to, że pozwoliliście mi podzielić się z wami tą historią..
Jesteście wspaniali, uwielbiam was i jestem waszą fanką <3
Kocham, kocham i jeszcze raz kocham WAS!
Mam nadzieję, że mnie nie opuścicie i będziecie ze mną,
nie tutaj, ale na moim drugim blogu *klik*
Jeju...

Dziękuję wam za wszystko ♥

niedziela, 2 listopada 2014

Rozdział 30

*Oczami Laury*
Weszłam do samolotu, dając bilet i siadając na swoje miejsce. Westchnęłam ciężko i zamknęłam oczy. Czyli to koniec? A może początek? Nadal nie wiem czy dobrze robię, ale... teraz wydaje mi się, że to najlepsze wyjście. Potrzebuję odpocząć od tego wszystkiego. Vanessa ze mną nie leci. Nie wiem dlaczego, ale tak nagle się rozmyśliła. Mam zamieszkać u cioci, obok plaży w Miami. I mimo tego, że powinnam teraz być przy Rossie i Monic, chcę wyjechać. Chcę w końcu przestać myśleć o tym wszystkim, co się wydarzyło przez ten miesiąc.
- Proszę zapiąć pasy, zaraz startujemy - Usłyszałam głos stewardessy.
Kiedy zapięłam pasy, spojrzałam na pierścionek, który podarował mi Ross. Uroniłam łzę i zatracając się w muzyce, dobiegającej z słuchawek, zasnęłam głębokim snem...

***

- Przepraszam... Halooo! Ej, obudź się - Poczułam szturchnięcie i wtedy niechętnie otworzyłam oczy.
Przetarłam je i spojrzałam na kobietę stojącą nade mną.
- Nareszcie się obudziłaś! Już wylądowałaś! Chyba nie chcesz, lecieć na gapę? - Zapytała podejrzliwie, uśmiechając się szeroko.
- Nie... Po prostu... Przysnęło mi się - Odwzajemniłam niepewnie jej gest.
- No to chodź! Jedziemy do domu - Pomogła mi wstać i z moimi torbami (które nie wiem skąd wzięła) ruszyła do wyjścia.
Przez chwilę patrzałam na nią, a po chwili za nią pobiegłam.
- Strasznie ciężkie te torby, co ty w nich masz? - Odparła zmęczona, wkładając je do czarnego mercedesa.
- Em, nie wiem. Vanessa mnie pakowała - Powiedziałam, przyglądając się kobiecie.
- To wszystko jasne - Uśmiechnęła się i zamykając bagażnik, odwróciła się do mnie.
- Przepraszam, ale mogę wiedzieć kim pani jest? - Zapytałam nie ogarniając co tu się właściwie dzieje.
- No co ty Laura! To ja..! Ciocia Merry! - Podniosła brwi, zaskoczona moim pytaniem.
- O jeju, nie poznałam cioci! - Krzyknęłam i ją przytuliłam.
Zmieniła się. Strasznie się zmieniła! Ostatnio widziałam ją jakieś 5 lat temu. W zasadzie to nie jest tak dawno, ale ona straszliwie się zmieniła.Czy to dziwne, że jej nie poznałam?
- Och, nie przejmuj się - Machnęła ręką - Ty również wyrosłaś na piękną kobietę.
- Ciociu, przestań - Zaśmiałam się cicho.
- Mów mi Merry - Puściła mi oczko i wsiadła za kółko.
Usiadłam obok i zaczęłam oglądać auto od wewnątrz. Było pięknie wyposażone. Nie myślałam, że moja ciocia... Uhm, to znaczy Merry... Że ona jest tak bogata. No cóż, chyba już nic mnie nie zaskoczy.
Siedzieliśmy w ciszy, a ja obserwowałam wszystko co się działo za szybą. Dopiero teraz się zorientowałam, jak tu jest gorąco. Czemu ja się dziwię? Przecież to Miami! Nagle skręciłyśmy w stronę plaży, a ciocia zaparkowała przed ogromnym domem. Czy mówiłam, że nic mnie już nie zaskoczy? No to jednak się myliłam. Dom... Jeju, a może willa? Tak, willa była wysoka, jak i szeroka. Z podjazdu zobaczyłam piękny basen i ogród. Aż zakrztusiłam się powietrzem. To najpiękniejszy dom jaki kiedykolwiek widziałam! Wysiadłam z auta, nadal patrząc na to cudo.
- Wow - Wydusiłam, zamykając drzwi od samochodu.
- Witaj w moich skromnych progach - Blondynka się uśmiechnęła i gestem dłoni pokazała na swoją willę.
- W "skromnych" - Szepnęłam sama do siebie, nie mogąc oderwać wzroku od tego przepięknego miejsca.
Nagle poczułam wibracje w kieszeni spodenek. Wyciągnęłam komórkę i odebrałam, nie patrząc kto dzwoni.
- Halo? - Zapytałam, patrząc na uśmiechniętą Merry.
- To ja idę Cię rozpakować! - Krzyknęła, biegnąc do domu z moimi walizkami.
- Wejdź na skypa! - Usłyszałam w słuchawce, a po chwili odezwała się cisza.
Wzruszyłam ramionami i pobiegłam do domu. A kiedy przekroczyłam próg, nie mogłam uwierzyć własnym oczom! Widział ktoś, coś piękniejszego?! Omal nie upadłam na ziemię. Boję się, co zobaczę w swoim pokoju. Usłyszałam trzask na górze, więc bez zastanowienia tam pobiegłam i gdy wleciałam w drzwi, w których było słychać hałas, jeszcze bardziej zaniemówiłam.
- Jak Ci się podoba Twój pokój? - Zapytała z uśmiechem na ustach kobieta.
Nic nie powiedziałam, tylko przytuliłam się do niej. Później jeszcze chwilę podziwiałam to piękne wnętrze.
- Ciociu... To znaczy, Merry, mogłabym teraz zadzwonić do swoich przyjaciół? - Zapytałam niepewnie.
- Och, jasne kochanie, idę zrobić kolację - Uśmiechnęła i wyszła. 
Szybko wyjęłam laptopa i usiadłam na łóżku, włączając skypa. I już po chwili zobaczyłam, że dzwoni do mnie Monic. Odebrałam od razu.
- Hej Laura! - Krzyknęli wszyscy po drugiej stronie.
Za ekranem, siedziała Monic, Vanessa i Ross.
- Czeeeść! - Uśmiechnęłam się, machając im.
- I jak tam Miami? - Zaczęła Van podniecona.
- Wiesz, dopiero tu przyjechałam, ale... Myślę, że to będzie mile spędzony czas tutaj. Chodź bez was - Posmutniałam, zakładając kosmyk włosów za ucho.
- Zobaczysz, że szybko minie ten czas i ani się obejrzysz, a już będziesz z nami w LA - Uśmiechnął się Ross.
- Mam taką nadzieję - Szepnęłam sama do siebie, patrząc blondynowi w oczy.
Później jeszcze gadaliśmy, "oprowadziłam" ich pod domu i pokazałam również basen i ogród. Byli zachwyceni. Po paru godzinach musieliśmy się pożegnać. Postanowiłam, że pójdę jeszcze zjeść kolację, choć tak naprawdę nie byłam głodna. Ale czego się nie robi dla ukochanej cioci! 
- Jak pięknie pachnie - Weszłam do kuchni, gdzie Merry już zanosiła jedzenie do jadalni. 
- Spróbujesz mojego nowego dania. Przepsi dostałam od koleżanki z pracy - Kobieta zrobiła brewki, a ja się zaśmiałam. 
- No, już się nie mogę doczekać - Oblizałam wargi, patrząc intensywnie na jedzenie. 
- Jak Ci nie będzie smakować, zamówimy pizze - Zasiadłyśmy do stołu, a ja wzięłam pierwszy kęs. 
- Jeju, ciociu, to jest niesamowite! - Krzyknęłam, wkładając kolejny kęs do ust. 
- Cieszę się, że Ci smakuje.
Dzień powoli dobiegał końca. Po tym jak wzięłam prysznic w pięknej łazience, poszłam spać. Tak... Poszłam spać, ale nie mogłam zasnąć.
To nie było to czego chciałam. Strasznie się cieszę, że odwiedziłam ciocię i, że mieszkam w tak pięknej okolicy, ale... Powinnam się teraz cieszyć, prawda? Zamiast tego, siedzę w ogromnym pałacu i nie mogę spać, myśląc o tym, kiedy wrócę do Los Angeles. Czy to... Czy to był błąd, że tu przyleciałam?

*Oczami Rossa*
Wyjechała. Och, ile bym dał, żeby cofnąć czas i spędzić z nią więcej czasu. A jeśli o mnie zapomni? Przecież to jest Miami! Tam też jest wiele przystojnych i lepszych ode mnie facetów. Dlaczego wcześniej o tym nie myślałem? Ale przecież... Mówiła mi, że o mnie nie zapomni. Wierzę jej. Ale chcę, aby była przy mnie... Czy ja proszę o tak wiele?
- Ross, gotowy? - Zapytała mama, wchodząc do mojego pokoju.
Właśnie wybieraliśmy się na pogrzeb... Tak, Hugona. Na sto procent się rozkleję. Dlatego, chciałbym, aby była tutaj Laura i mnie wspierała. Ale przecież obiecałem, że będę się trzymać. Rozmawialiśmy wczoraj na skypie. Powiedzieliśmy jej o pogrzebie. Mówiła, że chciałaby być z nami, ale nie może. Przecież mam jeszcze Vanessę, Monic, Caluma i mamę. Oni są ze mną. Jednak nic nie zastąpi mi Lau. Ona mnie rozumiała jak nikt inny... Och, czyżbym się rozklejał?
- Tak, idę - Szepnąłem i przeczesałem włosy.
Wyszedłem z pokoju i poszedłem na dół. Zerknąłem na kuchnie i znowu wszystkie wspomnienia wróciły. Nasze wspólne chwile. Te złe i te dobre. Westchnąłem i wyszedłem z domu. Wsiadłem do auta i patrząc na widok za oknem, myślałem co teraz ze mną będzie.
Na cmentarz dotarliśmy szybko. Wszyscy szli z kwiatami. Ja stanąłem przed wejściem i nie mogłem iść dalej. Bałem się. W moich oczach zaczęły pojawiać się łzy. Zamknąłem je. Laura, potrzebuję Cię...
- Nie wchodzisz? - Usłyszałem cichy głos.
Otworzyłem oczy, a moje serce zabiło mocniej. Odwróciłem się, lecz nikogo tam nie było. Czy ja się przesłyszałem? Czy ja aż tak za nią tęsknię, że słyszę jej głos? Cholera, jest ze mną coraz gorzej. Z powrotem odwróciłem się w stronę wejścia. Dlaczego tak bardzo się boję?
Ktoś położył dłoń na moim ramieniu. Ciarki przeszły mnie po całym ciele. Jezu, co się ze mną dzieje? Powinienem iść do psychologa. Tak, powinienem tam iść.
- Nie możesz tutaj tak stać, zaraz zacznie się pogrzeb - Tym razem szept był głośniejszy.
Był tuż przy moim uchu, a oddech kogoś, otulił moją twarz. Zamarłem w bezruchu. Bałem się odwrócić głowę. A jeśli to znowu tylko jakieś moje wyobrażenia. Jeśli jej tam nie zobaczę? Mimo to, odwróciłem się i ujrzałem jej czekoladowe oczy. Kasztanowe włosy jak zawsze opadały jej na ramiona, a usta błyszczały. Była ubrana w czarną sukienkę i czarną marynarkę. Na stopach miała czarne szpilki, a na palcu pierścionek, który jej dałem.
- Laura? - Szepnąłem cicho, przyspieszając oddech.
- Nie, święty mikołaj - Uśmiechnęła się poirytowana.
- Wróciłaś - Powiedziałem cicho i wziąłem ją w ramiona.
Ona oplotła mnie swoimi rękami wokół szyi i przytuliła się do mojego torsu.
- Zdałam sobie sprawę, że nie potrafię bez Ciebie żyć - Oderwała się ode mnie i pocałowała namiętnie w usta.

*Oczami Laury*
Teraz jestem pewna, że zrobiłam dobrze. Chyba jeszcze nigdy nie byłam tak pewna swojego czynu. Bo po co mam spełniać marzenia, kiedy nawet się z nich nie cieszę? Moim marzeniem jest żyć u boku tego człowieka, który w tej chwili mnie przytula. Co z tego, że jesteśmy właśnie przed cmentarzem? Chyba nie miałam czkać tak długo, aż w końcu mu oznajmię, że wróciłam, prawda?
- Chodź już - Szepnęłam, mając na myśli pogrzeb Hugo.
- Tak, chodź - Uśmiechnął się i biorąc mnie za dłoń, ruszyliśmy na cmentarz.
Ross zniósł pogrzeb bardzo dobrze. Chodź wiedziałam, że cierpi. Naprawdę się cieszę, że jestem teraz przy nim.
Kiedy wszyscy już wychodzili, spojrzałam na Monic. Stała jeszcze przy grobie. Vanessa stała obok niej, a moi rodzice rozmawiali z panią Stormie. Podeszłam do rudowłosej i siostry. Kiedy mnie zobaczyły, na ich twarzach zagościł uśmiech. Przytuliłyśmy się. 
- Wiedziałam, że wrócisz - Szepnęła czarnowłosa.
- Jak to, wiedziałaś? - Zdziwiłam się i ją puściłam. 
- Och, Lau. Nikt nie jest dla Ciebie ważny tak jak Ross. Każdy wiedział, że wrócisz, a ja dlatego z Tobą nie pojechałam, bo nie chciałabym zostawiać Miami po jednym dniu - Wzruszyła ramionami.
Uśmiechnęłam się tylko szeroko. Rodzice też byli szczęśliwi, że jestem znowu w LA. Pani Stormie również. Są przy mnie tak wspaniali ludzie, że nie potrzebuję nic innego do szczęścia. Mam ich i to mi w zupełności wystarczy. Teraz będzie idealnie...
__________________________________________________
Dam, dam, dam! Ostatni rozdział! I jak wam się podoba? Wiem, krótki :/
Nie wiem czemu, ale... Nie miałam sumienia zakańczać tej historii smutno. 
Mimo, iż kocham dramaty, to nie potrafię sama zakończyć opowiadania źle!
Ja kocham po prostu szczęśliwe zakończenia i nic na to nie poradzę :D
Za niedługo, a może za długo (nie wiem) pojawi się epilog.
Podziękowania będę wam walić, jak napiszę epilog, bo przecież jeszcze nie do końca skończyłam :)
Możecie się spodziewać strasznie długiego (naprawdę strasznie długiego) epilogu! ;)
Więc... Oceniajcie i takie tam :*
Te komentarze na koniec są dla mnie najważniejsze... :D
Pozdrawiam!
~ Willk

sobota, 1 listopada 2014

Rozdział 29

*Oczami Laury*
(...) Kiedy chciał coś powiedzieć, drzwi od knajpy otworzyły się z wielkim hukiem. Chłopak wstał, a ja odwróciłam się w stronę drzwi. Podbiegł do nas jakiś rudowłosy chłopak. Widziałam go kiedyś w knajpie z bandą Rossa.
- Calum? Coś się stało? - Zdziwił się trochę blondyn.
- Hugo... - Zaczął rudowłosy.
Nikt nic nie powiedział. Spojrzałam na Monic, która nie wiedziała co się dzieje. Chłopaki wybiegli z knajpki. Rudowłosa pobiegła za nimi, a ja za nią. Natomiast za mną biegli inni, których nie znałam, prócz Van. Chwilę to trwało, aż w końcu dobiegliśmy do miejsca, gdzie stała policja i karetka. Chłopaki wraz z Monic zatrzymali się gwałtownie, a ja znalazłam się obok nich, patrząc w tym samym kierunku. Na noszach znajdowało się ciało... martwe ciało Hugona! Zakryłam usta, dłonią. Ross nie wytrzymał i zaczął przedzierać się przez policjantów. Krzyczał jak opętany i łkał, tak jak nigdy wcześniej. Kiedy dotarł w końcu do swojego przyjaciela, upadł na kolana i zaczął coś do niego mówić. Aby się obudził... aby nie żartował sobie z niego i otworzył oczy... nie mógł zrozumieć, że Hugo już... Że Hugo już nie żyje.
Spojrzałam na Monic. Dziewczyna wpatrywała się ślepo w leżące i zakrwawione ciało swojego chłopaka. Łzy spływały po jej policzkach jak wodospad. Mimo, że ja miałam tyle problemów... one nie mogły się równać z tym. Ze śmiercią. Nie znałam Hugona jak Ross, czy Monic... ale wiem, że był wspaniałym przyjacielem jak i chłopakiem. To jest coś niewyobrażalnego. Chciałabym podejść do Monic... powiedzieć jej, że wszystko będzie dobrze, że wszystko się ułoży... ale nie mogę jej tego powiedzieć, bo nie powinnam jej okłamywać. Takie pocieszenie nie wchodzi w grę. Mogę tylko podejść i przytulić. Tak też zrobiłam. Przytuliłam ją a ona wtedy zaczęła płakać w moje ramię. Objęła mnie tak mocno, że prawie nie mogłam oddychać. Ale nie puściłam. Potrzebowała mojego wsparcia. Potrzebowała mnie.
Jednocześnie słyszałam jak za mną płacze Ross, nadal coś mówiąc do swojego najlepszego przyjaciela. Zaczął krzyczeć, jak policjanci zaczęli go odciągać. Rudowłosa oderwała się ode mnie i przytuliła tym razem do Vanessy. Jakby wiedziała, że chcę wesprzeć również Rossa. Ta dziewczyna rozumiała mnie bez słów.
Odwróciłam się w stronę blondyna, którego policjanci trzymali, aby nie mógł podejść do ciała bruneta. W jednej chwili po prostu zapięli suwakiem torbę, w której znalazł się Hugo. Mężczyźni nadal trzymali Rossa, który krzyczał w najlepsze. Podbiegłam do nich i po prostu przytuliłam blondyna, który nagle przestał się wydzierać i wyrywać. Teraz natomiast ryczał w moje ramię. Teraz to on był tym małym dzidziusiem, który potrzebował wsparcia i choć zranił mnie.. cholernie mnie zranił, byłam jedynym wsparciem dla niego. Może i była jeszcze jego mama, ale pani Stormie nie ma pojęcia, jak Hugo był ważny dla Rossa. Był dla niego jak brat, przyjaźnił się z nim od dawna i to on był dla niego pocieszeniem. Teraz jestem nim ja i ja muszę mu pomóc. Bo on mi pomógł. Był wtedy, kiedy najbardziej go potrzebowałam, więc ja też teraz będę. Będę zawsze.
- On nie może mnie zostawić - Wymruczał mi zachrypniętym głosem, pełnym żalu i cierpienia.
- On nigdy Cię nie zostawi. Pamiętaj, że zawsze będzie przy tobie. Pamiętaj - Szeptałam płacząc.
Mogłabym powiedzieć, że go rozumiem, ale wcale tak nie jest. Jeszcze nigdy nie umarła bliska mi osoba. To cierpienie musi być niewyobrażalnie bolesne. Gdyby Monic, albo Van coś się stało... ach! Nie chcę nawet myśleć co by było...

***

- Lepiej? - Zapytała mama Rossa, wchodząc do pokoju.
Monic kazała mi z nim przyjść do pani Stormie, a z nią została Vanessa. Ech... Chciałabym też przy niej być, ale ona po prostu rozkazała mi, żebym teraz była przy Rossie, bo on mnie potrzebuje, a jej pomoże Vanessa.
- Śpi - Powiedziałam cicho, siedząc przy nim na łóżku.
Cholera, czuję się, jakbym siedziała przy malutkim dziecku, które jest chore. Zapewne jego serce roztrzaskało się na kawałki. Żal mi go... aż łzy cisną mi się do oczu, kiedy pomyślę, co on musi przeżywać.
- Jeśli chcesz to idź już do Monic i Vanessy - Szepnęła ciepło kobieta.
- Nie, nie... Posiedzę jeszcze chwilę - Uśmiechnęłam się smutno.
Pani Stormie wyszła a ja spojrzałam na śpiącego blondyna. Odgarnęłam mu kosmyk włosów z czoła. Biedaczek. Stracił przyjaciela. To jest takie niewiarygodne. Ross gdyby znalazł tego faceta, który spowodował ten wypadek... zabiłby go na miejscu, albo torturował przez miesiąc.
Westchnęłam ciężko i spojrzałam na zegarek. Może pójdę do łazienki wziąć prysznic? Ross i tak narazie śpi, to nie zauważy mojego zniknięcia. Wstałam na równe nogi i podeszłam do drzwi, a kiedy miałam je otwierać, usłyszałam za sobą cichy głos...
- Idziesz już? - Wymamrotał zaspany.
Odwróciłam się w jego stronę.
- Nie. Chciałam iść do łazienki - Powiedziałam, zabierając dłoń z klamki.
- Idź do Monic, ona Cię potrzebuje, mną się nie przejmuj - Odparł i usiadł na łóżku przeczesując włosy i przecierając oczy.
- Monic kazała mi z tobą zostać, bo wie, że potrzebujesz wsparcia. Nie mam zamiaru Cię teraz opuszczać, jasne? - Odparłam stanowczo, a jednocześnie łagodnie.
Podeszłam do niego i usiadłam obok. Blondynowi znowu zbierało się na płacz, więc skoro tu jestem, postanowiłam działać. Odwróciłam jego głowę w moją stronę, tak, aby na mnie spojrzał.
- Nie płacz. Mimo, że go nie ma wśród nas, on jest w naszych sercach i czuwa nad tobą. On nie chciałby, abyś płakał. Chciałby, żebyś był twardy i żebyś się nie poddawał. Płacz niczego nie zmieni... To tylko pogłębi Cię w jeszcze większą depresję. Hugo jest przy tobie i zawsze będzie - Powiedziałam, patrząc na niego i ani na chwilę nie oderwałam wzroku od jego piwnych oczu.
Zobaczyłam w nich małe iskry. Pojawiła się w nich nadzieja. Ja go kocham. Nie chce, żeby cierpiał. Zranił mnie. Tyle razy mnie zranił. Ale ja nie potrafię przestać go kochać. Nie mogę. I to wcale nie jest litość. Każdy by tak postąpił na moim miejscu. Nikt by nie chciał, aby druga osoba tak cierpiała.
- Ja też będę. Zawsze będę - Szepnęłam, dotykając ciągle jego polika swoją dłonią.
Patrzał na mnie i chyba czekał, abym dała jakiś znak. Znak czy go kocham. Więc bez namysłu przybliżyłam się do niego i pocałowałam delikatnie. Chłopak odwzajemnił gest. Odsunęłam się. Jego oczy świeciły, a usta się uśmiechały.
- Nie mogę zrozumieć, jak Ty potrafisz zmienić człowieka. Gdyby nie ty... Przepraszam Cię - Spuścił głowę, a ja nie wiedziałam o co mu chodzi, więc nagle zaczął mówić dalej - Jestem cholernym skurwielem. Zraniłem Cię... Tak bardzo Cię zraniłem, a Ty mimo to przy mnie jesteś...
- Ty też przy mnie byłeś. I mimo, że tak wiele się kłóciliśmy... Jesteś dla mnie najważniejszy na świecie - Szepnęłam z delikatnym uśmiechem.
Chłopak odwzajemnił gest i wyjął małe pudełeczko ze spodni. Spojrzałam na jego dłonie, lekko zdziwiona.
- Ross, ja... - Zaczęłam, ale on mi szybko przerwał.
- Tak, wiem. Poniosło mnie trochę z tymi zaręczynami. Przecież wiem, że to jeszcze nie teraz. Chciałem Ci po prostu udowodnić, że chcę być z tobą i zrobiłbym wszystko, abyśmy znowu byli razem - Odparł, wyciągając pierścionek.
- Ross, ja jutro wyjeżdżam. Wyjeżdżam do Miami - Powiedziałam, patrząc to w jego oczy, to na pierścionek.
- Wiem - Powiedział i uśmiechnął się lekko.
- Co? Czekaj, nie rozumiem... - Zdziwiłam się.
Skoro wie, że wyjeżdżam dlaczego chce, abym do niego wróciła? Przecież... Prawdopodobnie już nie wrócę do LA, bo dostanę się na studia.
- Wiem, że wyjeżdżasz i wiem, że możesz nie wrócić - Jakby mi czytał w myślach - Dlatego chcę, żebyś wzięła ten pierścionek i o mnie nie zapomniała. Chcę, żebyś była szczęśliwa i spełniała swoje marzenia. Jestem zawiedziony, że te marzenia nie są związane ze mną, ale wiem, że nie mogę Ci zabronić spełniania ich gdzie indziej.
Wpatrywałam się w niego z wielkim zaskoczeniem. Vanessa mu powiedziała. Powiedziała, że wyjeżdżaj i najprawdopodobniej wrócę dopiero po studiach. Gdy usłyszałam jego słowa... Jakbym zupełnie rozmawiała z kimś innym. Jakby to nie był Ross.
I tak nagle do mnie dotarło, że jeśli wyjadę jutro, on zostanie z tym wszystkim sam. No i z panią Stormie. I tu nasuwa się pytanie... Jechać spełnić marzenia, czy zostać z miłością życia?
- Laura...? - Usłyszałam jego zdziwiony głos.
- Co? - Zapytałam wybudzona z transu.
Spojrzałam na niego. Unosił lekko brwi i uśmiechał lekko. Po chwili wziął moją dłoń i wsunął na palec, pierścionek. Poczułam ciepło w sercu. Takie przyjemne, które rozeszło się po moim całym ciele.
- Myślisz, że związek na odległość może wypalić? - Zapytałam, wpatrując się w diamentowy kamień na moim palcu.
- Nie wiem. Ale wierzę, że skoro się kochamy, to ta miłość przetrwa wszystko - Szepnął z lekkim uśmiechem.
Westchnęłam i położyłam głowę na jego ramieniu.
- Myślisz, że powinnam się pogodzić z... Ellen i Damiano? - Zapytałam i spojrzałam mu w oczy.
- Wiesz... Z jednej strony powinnaś się cieszyć, że to Ciebie i Vanessę wybrali z tego domu dziecka. Gdyby nie oni, Ty mieszkałabyś w domu dziecka, a ja nigdy bym Cię nie spotkał - Odparł nad moją głową.
- Ja myślę, że skoro jesteśmy sobie przeznaczeni, to prędzej czy później i tak byśmy się spotkali - Powiedziałam, wzruszając ramionami - Poza tym, Damiano Cie uderzył. Nigdy mu tego nie wybaczę.
- Och, Laura przestań! - Blondyn najwyraźniej się zdenerwował - Możesz mieć prawdziwą rodzinę, kochającego ojca i matkę, dzięki którym jesteś tym, kim jesteś. Nie wszyscy mają takie szczęście. A oni mimo to, że nie jesteś ich prawdziwą córką, kochają Cię i zrobiliby dla Ciebie wszystko! Nie zaprzepaść takiej szansy, bo inni by oddali wszystko, aby być na Twoim miejscu.
Patrzałam na niego lekko zaskoczona. Właśnie dostałam prawdą prosto w twarz. Może i między mną, a "rodzicami" nie była najlepiej, ale... To dzięki nim, mogę spełniać swoje marzenia. To dzięki nim, nie jestem sierotą, mieszkającą w domu dziecka. Spuściłam głowę i zaczęłam zdawać sobie sprawę, jaka ja byłam głupia. Bo w sumie... Co ta za różnica, gdyby mi powiedzieli wcześniej, czy teraz? Chcieli po prostu, abyśmy tworzyli normalną rodzinę. Spojrzałam na blondyna.
- Przepraszam Ross, jestem egoistką - Powiedziałam z lekkim uśmiechem - Kolejny raz cieszę się, że tak szczerze ze mną rozmawiasz. Chociaż nie zawsze szczerze - Odparłam, przypominając mu akcję z tą całą Rydel, czy jak jej tam... Hannah chyba.
- Och, nie powracajmy do tematu tej wariatki. Byłem idiotą, ale z tym już się pogodziłem - Zaśmiałam się na jego słowa.
- Chyba powinnam się zbierać - Powiedziałam, patrząc na zegarek - W porządku? - Spytałam dla pewności, bo może bym została do rana.
- Tak, tak. Dziękuję Ci Lau. Idziesz do Monic nocować, prawda? - Zapytał, a ja kiwnęłam twierdząco głową - Przyjdę się z tobą pożegnać rano.
- Ach.. Jasne. To pa - Pocałowałam go w policzek - Trzymaj się.
I ruszyłam do swojej przyjaciółki.

***

- Masz wszystko? - Zapytała Vanessa, po raz enty.
- Tak, weź się już tak nie stresuj - Powiedziałam lekko podirytowana jej zachowaniem.
- Wiesz, jej ukochana siostrzyczka wyjeżdża, to co się dziwisz - Zaśmiała się Monic.
Rozmawiałam wczoraj jeszcze z rudowłosą. Dziewczyna się trzyma. Och, te moje rymy... Ale wracając... Naprawdę ją podziwiam. Czy tylko ja jestem taką egoistką, że już bym się nie pozbierała? Podziwiam i kocham tą dziewczynę. Ale nigdy nie chciałabym być na jej miejscu...
Nagle zadzwonił dzwonek do drzwi. To pewnie Ross. Ja nie chcę się żegnać! Nie wiem czy podjęłam dobrą decyzję z tym wyjazdem. Zostawiam tu tyle osób, które kocham i które kochają mnie. Powinnam zostać i wspierać ich po tym wczorajszym wydarzeniu... Dobrze robię, że wyjeżdżam?
- Hej Ross! - Uśmiechnęłam się na jego widok.
- Witaj piękna - Pocałował mnie w policzek, a ja się zarumieniłam, spuszczając głowę.
- Aww... Ktoś tu się rumieni - Monic się zaśmiała.
- Ha ha, bardzo śmieszne - Oburzona, odwróciłam się tyłem do wszystkich - Będzie mi was brakować - Powiedziałam po chwili, tuląc ich do siebie.
- Nie martw się, my za tobą bardziej, wariatko - Vanessa wybuchnęła śmiechem i poczochrała mi włosy.
Spojrzałam na zegarek.
- To chyba czas w drogę. Samolot mam za godzinę - Uśmiechnęłam się smutno.
Wszyscy odwzajemnili ten gest, tak samo. Ruszyliśmy na lotnisko. Droga zleciała nam szybko. Dlaczego tak szybko? Chciałabym spędzić dłużej ten czas, który mi pozostał z moimi przyjaciółmi. Nawet nie pogodziłam się z rodzicami...
Weszliśmy na lotnisko, a tam ujrzałam swoich rodziców. I mimo tego, że byłam z nimi pokłócona, jak najszybciej do nich podbiegłam i przytuliłam.
- Przepraszam - Szepnęłam, a pod powiekami poczułam, jak zbiera mi się słona ciecz.
- Nie, to my Cię przepraszamy. Powinniśmy ci powiedzieć wcześniej. Tak bardzo Cię kochamy - Usłyszałam ciepły głos... mamy.
- Ja was tez mamo - Uśmiechnęłam się, a po policzku spłynęła mi łza.
"Pasażerowie samolotu S15 proszeni są o wejście na pokład samolotu" - Usłyszałam męski głos, gdzieś w głośnikach. Oderwałam się od rodziców i spojrzałam na nich wszystkich.
- Nie chce się żegnać. Powiedzmy... Do zobaczenia - Z moich oczu popłynęły łzy.
Podeszłam do Rossa i Monic.
- Jak wy to robicie, że mimo tego, że Hugona już z nami nie ma, potraficie się pozbierać? - Zapytałam niedowierzająco. 
- Bo Ty byłaś i nas wspierałaś. Bez Ciebie nie dałabym rady. Kiedy wyjedziesz, to już nie będzie to samo Los Angeles - Odparła ze łzami w oczach Monic.
Przytuliłyśmy się. Tym razem podeszłam do Rossa.
- Jestem z tobą i zawsze będę, pamiętaj - Uśmiechnęłam się i pocałowałam go delikatnie.
Uścisnął mnie mocno. Na koniec posłałam im ostatni uśmiech i ruszyłam z walizką podręczną do samolotu. Czy ja naprawdę dobrze robię? Czy ja tego chcę?
________________________________________________________
Nareszcie! Przepraszam za takie nieładne przywitanie... WITAM!
A więc... Nareszcie napisałam. Nie wyobrażacie sobie, jaką miałam blokadę!
I mimo, że wiedziałam co chcę pisać, kompletnie nie umiałam dobrać słów :(
W końcu dobrałam, ale rozdział i tak nie wyszedł tak, jak chciałam. 
Sami pewnie przyznacie, że jest do niczego :( Ale naprawdę... W życiu nie miałam takiej blokady!
A i jeszcze jedno! Na tym drugim blogu (KILK) miałam dodać rozdziały, jak zakończę ten blog, ale dużo osób pisało mi prywatnie, żebym w końcu dodała, więc... Tam również pojawił się rozdział!
Tutaj 30 rozdział będzie ostatnim z rozdziałów. Oczywiście pojawi się również epilog!
I nie wiem, czy powinniście się spodziewać szczęśliwego zakończenia...
Ale nie wiem. Piszę spontanicznie, więc.. :)
A co do tego rozdziału... chciałam znowu napisać coś na podstawie TMNN więc..
śmierć Hugona wydała mi się teraz najbardziej właściwa :)
No to... Czekam na komentarze i pozdrawiam!
(Notka również strasznie chaotyczna, proszę nie mieć mi tego za złe)
~ Willk ♥

piątek, 17 października 2014

One Shot ☺

Macie taki krótki/długi one shot, który napisałam już bardzo dawno temu. Dodaję go, aby umilić wam czekanie na rozdział :) I mimo, że nie jest jakiś super, mam nadzieję, że wam się spodoba. A ja biorę się za rozdzialik ❤
___________________________________

Widziała szczęśliwych ludzi... Nastolatków, którzy chodzili grupkami i śmiali się w niebo głosy. Dzieci chodzące za rączkę z rodzicami. Jak i również starsze osoby rozmawiające o poważnych sprawach. Tylko ona siedziała teraz z ojczymem w drodze do nowego domu. Ta drobna osóbka nazywa się Laura Marano. Dzisiaj właśnie rozpoczyna nowe życie, w całkiem nowym miejscu. Nikogo tu nie zna i wcale nie ma zamiaru poznawać. Wie, że to w cale nie ma sensu. Nie chce, aby ktoś cierpiał.
Poczuła lekkie wstrząśnięcie, po czym zdała sobie sprawę, że wjechali na podjazd nowego domu. Laura odpięła pasy i wyszła z białego mercedesa. Mężczyzna, nazywany również przez nią po imieniu, czyli - Bob, wyjął jej walizki z bagażnika. Dziewczyna nie mówiąc ani słowa, weszła do ogromnej willi. Chciałaby zachwycać się, tym bogatym wnętrzem, lecz nie mogła. Była myślami zupełnie gdzieś indziej. Szła przez długi, lekko kremowy korytarz, mijając różne ozdoby. Jej trampki, lekko odbijały się o podłogę z heblowanych desek, wydając ciche echo. Weszła na schody, jakby już od dawna wiedziała, gdzie znajduje się jej pokój. Kiedy była na górze, zauważyła na stoliku w rogu, różne zdjęcia. Pewnym krokiem podeszła do białego, wyrzeźbionego stoliczka i chwyciła w dłoń jedno z ramek. Zdjęcie przedstawiało małą dziewczynkę, na kolanach swojej mamy. Brunetka doskonale pamiętała tę chwilę. Westchnęła ciężko i odłożyła z powrotem zdjęcie na swoje miejsce. Zaczęła się rozglądać po mały korytarzu, w którym znajdowały się tylko trzy pary drzwi. Weszła do pierwszych, zostawiając bagaże na środku. Trafiła do łazienki, która była dosyć spora. Znajdował się tam prysznic, jak i wanna, która zajmowała znaczną część pomieszczenia. Ściany koloru błękitnego, doskonale kontrastowały z białymi kafelkami na podłodze. Zamknęła drzwi i weszła do kolejnych. Tym razem trafiła na pokój swojego ojczyma. Był duży, ale przytulny. Na wprost wejścia, znajdowało się wyjście na taras. Po lewej stronie, rozciągało się długie łóżko, a obok niego dosyć spora szafka nocna. Ściany były pomalowane na kolor złoty, a podłoga była wyłożona heblowanymi deskami z dębu. Wyszła z sypialni i w końcu weszła do swojego pokoju. Na całej powierzchni podłogi, rozciągał się czerwony, puchaty dywan. Ściany były pomalowane na przemian, raz białym, raz czerwonym, grubym paskiem. Sufit zaś był cały biały, a na środku niego widniał piękny żyrandol, jakby z kryształów. Dziewczyna miała wyjście, na dosyć duży taras, gdzie znajdował się basen. W pokoju zaś, znajdowało się niewielkie łóżko z mnóstwem poduszek. Szafy były koloru białego, pięknie wyzłacane. Na biurku znajdował się jej własny laptop i wieża. W pewnej chwili usiadła na łóżku i zdała sobie sprawę, że choć ma te wszystkie rzeczy, to nie ma tak naprawdę najważniejszego – mamy. Jej serce rozbiło się jak lustro, na tysiąc kawałków, kiedy dowiedziała się, że jej mama jest chora na białaczkę. A jeszcze bardziej załamała się, jak umarła. Dziewczynie zaczęło robić się słabo, więc jak najszybciej wyszła z pokoju i zaczęła szukać Bob'a. Zastała go siedzącego przy stole i podpisywaniu jakichś papierów.
- Muszę wziąć lekarstwa. – Oznajmiła, ledwie utrzymując się na nogach. Bob zainterweniował jak najszybciej i podał jej antybiotyki. Brunetka z każdą chwilą dochodziła do siebie. – Potrzebuję powietrza...
- Idź na balkon i posiedź trochę. – Uśmiechnął się do niej szczerze, dotykając jej czoła.
- Potrzebuję spaceru. – Mężczyzna spojrzał na nią zaniepokojony.
- A jeśli Ci się coś stanie? Jak osłabniesz na środku drogi? Nie mogę siedzieć w domu spokojnir, kiedy Ty chodzisz sama po mieście. – Westchnął ciężko i spojrzał dziewczynie w oczy.
- Jeśli będzie mi się coś działo, będę dzwonić, albo poproszę kogoś o pomoc. Naprawdę muszę się przejść. To mi lepiej zrobi. – Jej oczy zaświeciły się z nadzieją. Patrzała na niego błagalnie, choć wiedziała, że to twardy orzech do zgryzienia.
- Eh... Tylko za pół godziny masz być z powrotem, dobrze? – Dziewczyna wyszczerzyła do niego zęby i przytuliła z całej siły.
- Dziękuję! – Szczęśliwa i pełna entuzjazmu, wyszła z domu, kierując się w stronę dużego parku, który wcześniej mijała. Zaczęła szukać po kieszeniach, jakichkolwiek pieniędzy, aby kupić sobie shake'a. Znalazła parę dolarów w sweterku, wiec jak najszybciej weszła do kawiarni. Stanęła w kolejce. Za ladą stał wysoki blondyn, o ciemnych oczach. Na głowie miał czapkę z daszkiem, a na niej nazwa kawiarni – "Splatzze".
- Proszę, dla pani kawa i szarlotka. To będzie... 5 dolarów. – Powiedział, miło zwracając się do kobiety. Ta dała mu pieniądze, podziękowała i poszła do stolika. Chłopak zaś, zaczął coś robić przy kasie. Dziewczyna podeszła bliżej i spojrzała na niego, oczekując, aż ten spojrzy na nią. – Dzień dobry, co podać? – W końcu podniósł wzrok.
- Poproszę shake'a... Jagodowo-truskawkowego. – Odparła patrząc na dużą kartę.
- Mały, średni czy duży? – Zapytał widząc, że dziewczyna zdecydowała się na koktajl.
- Em... Średni. – Uśmiechnęła się, a kelner odwzajemnił gest. Zaczął robić tam różne rzeczy. Brunetka nie zwracała na to uwagi. Usłyszała, jak ów blondyn, kładzie szklankę na ladzie.
- To będą 3 dolary i 60 centów. – Laura podała mu pieniądze i odwróciła się ze szklanką, kiedy to nagle na kogoś wpadła. Jej cały shake wylał się jej na bluzkę i sweterek, a szkło robiło się o kafelki podłogi.
- Coś Ty narobiła! – Usłyszała pisk nad głową. Podniosła niepewnie wzrok, a jej ukazała się rudawa dziewczyna, o zielonych oczach. Była ubrana dość wyzywająco. Na nią nawet jedna kropelka shake'a nie spadła, ale za to, dziewczyna wyjechała troszeczkę szminką za usta. Na tyle mało, że chyba nikt tego nie zauważył.
- J-ja przep-przepraszam. – Jąkała się zawstydzona, widząc, że dosyć sporo ludzi się na nią patrzy.
- Mam gdzieś twoje przepraszam! Jesteś jakąś niezdarą, czy co?! Czy tak ciężko popatrzeć na kogo wchodzisz?! Co Ty sobie myślisz, że co?! Że tylko Ty jesteś na tym świecie najważniejsza?! I w ogóle, po co Ci ta czapka?! Wyglądasz, jak sto nieszczęść!... – Dziewczyna wydzierała się nad jej głową. Ona zaś, zaczęła słabnąć. Nie mogła przebywać w hałasie, a co dopiero takim krzyku. Zaczęła się cofać i oparła się o ścianę. Rudowłosa, nadal coś do niej mówiła, ale Laura nic nie słyszała. Zaczęło jej się kręcić w głowie i była coraz to bledsza. Ostatnie co zobaczyła, zanim zemdlała, to ściągającego czapkę blondyna i podbiegającego do niej...

Zaczęła powoli otwierać oczy, kiedy poczuła ukłucie na ręce. Światło ją oślepiało, więc parę razy mrugnęła, aby przyzwyczaić oczy, do światła. Zobaczyła nad sobą swojego ojczyma i dosyć sporo nastolatków. Nie wiedziała co się z nią stało i dlaczego w jej nowym domu jest tylu ludzi.
- Co się stało? – Zapytała trochę niewyraźnie, widząc ulgę w oczach Bob'a. Lecz ten zamiast jej wytłumaczyć, musiał najpierw ponarzekać...
- Lauruś, mówiłem Ci, żebyś nigdzie nie szła. Wiedziałem, że tak się to stanie... – Jakiś brunet, o długich włosach, podał jej wodę. Podziękowała lekko głową i wstała, słuchając nadal ojczyma. – ... Powinnaś być pod stałą opieką. W ogóle, wymiotowałaś? – Spojrzał na jej koszulkę. Ten kelner z kawiarni się zaśmiał.
- Nie, to shake. – Oznajmiła popijając wodę. Mężczyzna pokręcił głową.
- Eh... Następnym razem, albo bierzesz ze sobą leki, albo idziesz z kimś, ewentualnie, nie będziesz w ogóle nigdzie wychodzić. – Powiedział i usiadł obok niej na kanapie.
- Chyba nie karzesz mi cały czas siedzieć w domu? Przecież wszystko by było dobrze, gdyby nie ta piskliwa dziewczyna. – Odpowiedziała z obrzydzeniem na twarzy. Na samą myśl, o tym głosiku wprawiał ją w dreszcze. Bob chwilę patrzał na nią w bezruchu. Zastanawiał się co zrobić, co powiedzieć.
- Przykro mi, ale nie chcę ryzykować. – Powiedział ściszonym głosem i poszedł do kuchni. Dziewczyna siedziała z otwartą buzią, patrząc na miejsce, w którym siedział jeszcze mężczyzna.
- Nie... Nie możesz mi tego zrobić! Najlepiej jest zamknąć w domu i czekać aż umrę?! – Wrzasnęła zdenerwowana wstając i patrząc na wejście do kuchni. Jej ojczym wyłonił się z nich, z widocznym bólem na twarzy. – Ta choroba mnie niszczy, a ja mam coraz mniej czasu! Nie chcę siedzieć w domu i użalać nad sobą! Chcę zaszaleć i umrzeć, wiedząc, że wykorzystałam dobrze to życie! – Jej poliki były już dostatecznie mokre. Nastolatkowie, cały czas obserwowali całe zdarzenie. Wśród pięciu chłopaków, stała dziewczyna - blondynka, która z wielkim bólem wpatrywała się w to zajście. Kiedy tego słuchała, sama płakała, a jej przyjaciel, przytulał ją do swojego torsu.
- Nie umrzesz! – Krzyknął, a po chwili z jego oczu zaczęły lecieć łzy. – Nie możesz mi tego zrobić... Straciłem Twoją mamę, ale nie chcę stracić Ciebie. – Szepnął i ją przytulił.
- Ale wiesz, że kiedyś to nastąpi. A ja chcę powiedzieć na koniec, że moje życie było niezapomniane. – Westchnęła i oderwała się od mężczyzny. Bob uśmiechnął się szeroko, wiedząc, że Laura ma racje. Że powinna korzystać z życia.
- Więc idź się wyszalej, ale bez przesady. – Odparł, mając na myśli alkohol, narkotyki, papierosy, seks, itp. Ona doskonale wiedziała, że po tym nie miałaby miłych wspomnień. Chce się wyszaleć, ale kompletnie w inny sposób. Tylko, że nie ma z kim. – A wam, jeszcze raz dziękuję, że przywieźliście Laurę. – Zwrócił się do nastolatków.
- Nie ma sprawy. Może Laura, chciałaby pójść z nami na nasz koncert? Potem moglibyśmy porobić coś fajnego, oczywiście bez przesady. – Uśmiechnęła się dziewczyna, która już trochę opanowała swoje emocje. Bob skinął tylko głową, a brunetka trochę nieśmiało podeszła do nastolatków i wyszła z nimi z domu.
- No więc, Laura... Ja jestem Rydel, ten długowłosy brunet, to Rocky, najstarszy to Riker. Ryland zaś najmłodszy, ten blondynek, który Cie uratował, to Ross, a to jest nasz przyjaciel Ellington, ale mówimy do niego po nazwisku, czyli Ratliff. – Wymieniła wszystkich, wskazując dodatkowo dłonią.
- Hej wam. – Uśmiechnęła się bardziej pewnie. – Więc rozumiem, że jesteście zespołem? Jaki rodzaj muzyki gracie? – Zapytała ciekawa. Od zawsze interesowała ją muzyka.
- Robimy covery, ale mamy też własne piosenki i zazwyczaj jest to pop, rock... – Mówił Ross patrząc zainteresowany na brunetkę. Wszyscy doskonale się dogadywali. Mieli tysiące wspólnych tematów. Po kilku godzinach siedzenia u nich w domu i rozmawianiu, był czas na ich koncert. Podczas niego, Laura stała za sceną i im kibicowała. Jednak po chwili zdała sobie sprawę co zrobiła. Zaprzyjaźniła się. Kilka godzin wystarczyło, aby się zaprzyjaźnić, ale kilka chwil, aby się rozstać. Nie chciała tego robić. Wyszło tak, a ona myślała jak to odkręcić. Chciała, aby ci przyjaciele nie związali się z nią za bardzo. Wtedy ona będzie cierpieć i oni. Jednak nie wiedziała, że kogoś w sobie rozkochała. W pewnej chwili chłopak odwrócił swoją głowę podczas koncertu i uśmiechnął się do niej. Odwzajemniła gest, choć pragnęła nic nie robić. Przestać się z nimi coraz bardziej zżywać... Po skończonym koncercie, dziewczyna pogratulowała im występu, oraz poznała rodziców rodzeństwa. Byli równie zakręceni, jak nastolatkowie. A czas mijał... Oni byli coraz to bardziej przyjaciółmi, aż doszło do tego momentu...

- Pięć! Jest! Wygrałam! – Krzyczała, ruszając pionkiem do przodu o pięć pól. Po raz kolejny wygrała w planszową grę "Grzybobranie".
- Oszukiwałaś! – Krzyknął jej przeciwnik, oburzony jej kolejną wygraną. Ross Lynch i Laura Marano. Przyjaźnią się już 3 miesiące. Choć każdy wie, że ta ich przyjaźń wyszła poza margines.
- Nie bulwersuj się. To nie moja wina, że jestem w tym najlepsza! – Stwierdziła i wyszczerzyła się do blondyna. Ten jedynie wystawił jej język, a po chwili zaczęli się z siebie śmiać. – Nie ma to jak grać w dziecięce gry. – Powiedziała składając ją.
- I tak sądzę, że bym wygrał. – Odparł dumny i usiadł na łóżku. Dziewczyna podniosła jedną brew.
- Mówiłeś tak za każdym razem, jak przegrałeś. – Przypomniała, a ten tylko machnął ręką. Laura odłożyła grę na półkę i usiadła obok chłopaka. Siedzieli w ciszy. Chłopak po chwili zaczął szturchać ją lekko ramieniem. Ona zaczęła oddawać. I to szturchanie, przerodziło się w łaskotanie się nawzajem. Oczywiście, to Ross górował nad Laurą. Brunetka leżała na podłodze, a chłopak nad nią podpierał się dwoma rękami, trzymając jej dłonie.
- Przeproś. – Powiedział patrząc w jej oczy. Dziewczyna zaśmiała się.
- Za co? – Prychnęła nie dowierzając.
- Tak po prostu. – Na jego twarzy pojawił się ogromny banan. Oczywiście, nie dostał bananem, tylko uśmiechnął się szeroko, co spowodowało kolejny napad śmiechu brunetki.
- To będzie wyrzucanie słów na wiatr. – Stwierdziła po kilkusekundowym śmiechu.
- Ty często wyrzucasz słowa na wiatr. – Zaśmiał się Ross, a ona zmarszczyła nos.
- Wcale, że nie. – Obrażona odwróciła głowę. Chłopak podniósł jedną brew. Ta na niego spojrzała i westchnęła. – Dobra, wiem. Czasem za dużo gadam, ale to z przyzwyczajenia. Mam tak po mamie. – I w tej chwili jej myśli znowu powróciły. To, że za kilka miesięcy, może tygodni, albo nawet dni, może umrzeć. Może umrzeć nawet za kilka godzin, minut, czy sekund... To wszystko dzieje się tak nagle. Była ostatnio w szpitalu i lekarze powiedzieli, że ma coraz mniej czasu. To znaczy, że za niedługo wszystkich opuści. W jednej chwili poczuła, że chłopak puszcza jej nadgarstki, a ona zdała sobie sprawę, że płakała.
- Lau, nie możesz o tym myśleć. – Powiedział siadając obok niej. Podniosła się i otarła łzy. Spojrzała mu w oczy, a on jej. – Życie to ciągła gra, czy walka, którą nie zawsze jesteśmy w stanie wygrać. – Szepnął, nie odrywając od niej wzroku. Co chwilę ich rozstęp, zmniejszał się co milimetr. Milimetr po milimetrze, byli coraz bliżej... Zaczęli oddychać szybciej i w tym samym rytmie, co spowodowało, że ich oddechy zaczęły się mieszać. Ostatnie spojrzenie w oczy i... Połączenie w jedno. Złączyli się w ciszy, którą zagłuszała cicha muzyka, dobiegająca z wieży. Kilka sekund później ponownie spojrzeli sobie w oczy. Laura wiedziała, że go zraniła. Że teraz to on będzie cierpieć bardziej, niż ona. Odwróciła głowę w drugą stronę. Teraz pragnęła cofnąć czas...
- Przepraszam. – Szepnęła, a z jej oczu zaczęły spadać kropelki słonej wody.
- Za co? – Zdziwi się, a ona odwróciła do niego głowę. Kręciła przecząco głową, nadal płacząc.
- Za to, że się nie powstrzymałam. Za to, że jesteśmy przyjaciółmi i za to, że się poznaliśmy. – Mówiła szlochając. Blondyn nie bardzo rozumiał o co chodzi. – Zraniłam Ciebie, Rydel, chłopaków... Nawet swojego ojczyma...
- Laura, o czym Ty mówisz? Ja jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Gdybym Cię nie poznał, nie wiedziałbym co to miłość! – Odparł chłopak, ocierając jej łzy.
- A teraz pomyśl, że umrę. – Jej słowa, od razu opanowały całe ciało chłopaka. Nie wiedział co zrobić. Te słowa go sparaliżowały. – Ja umrę, a Wy będziecie cierpieć. – Oznajmiła drżącym głosem.
- Dlaczego ciągle o tym myślisz? To Cię niszczy. Ta myśl nie daje Ci spokoju, co powoduje, że nie cieszysz się teraźniejszością. – Powiedział znowu patrząc jej w oczy. – A ja mimo tego wszystkiego zakochałem się w Tobie. – Kiedy brunetka usłyszała te słowa, spojrzała na blondyna zdziwionym, lecz szczęśliwym wzrokiem.
- Nie. Nie możesz. Ross, ja umrę, ja... – Wstała i zaczęła mówić, ale chłopak szybko jej przerwał pocałunkiem. Laura, jako pierwsza przerwała tę czynność, aby powiedzieć tylko parę, krótkich słów. – Masz rację. Olejmy to co będzie się działo. Jesteś blisko mnie, więc mogę nawet dziś umierać. – Szepnęła i tym razem to ona wykonała pierwszy ruch. Teraz byli najszczęśliwszymi osobami na świecie...

- Co z nią? – Zapytał padnięty blondyn. Oczy miał podkrążone z niewyspania. Stał właśnie przed pokojem szpitalnym dziewczyny, skąd wyszedł lekarz.
- Myślę, że jej czas tutaj dobiega końca... – Zwrócił się do wszystkich. – Możecie tam wejść, ale proszę nie hałasować. – Wszyscy ze łzami w oczach otworzyli drzwi. Brunetka leżała na łóżku, wpatrując się w taras. Odwróciła się do nich, i uśmiechnęła smutno. Była blada jak ściana. Usiedli przy jej łóżku. Było tam całe rodzeństwo Lynchów, ich rodzice, Ellington, oraz ojczym Laury. Jako pierwsza podeszła do niej Rydel.
- Jak się trzymasz? – Pomasowała ją po ramieniu.
- Jakoś... – Uśmiechnęła się. – Jesteś najlepszą przyjaciółką, jaką kiedykolwiek spotkałam.
- Ty moją również. – Przytuliły się mocno. Blondynka zaczęła płakać, po czym wtuliła się w ramię Ratliffa. Następne było całe rodzeństwo, oprócz Rossa, rodzice i przyjaciel. Każdy płakał. Przedostatni podszedł do niej Bob. Uśmiechnął się lekko i pocałował ją w czoło.
- Kocham Cię. – Szepnął i pogłaskał jej policzek. Dziewczynie więcej nie trzeba było, aby wiedzieć, że to najwspanialszy, choć nie jej biologiczny, tata. Uśmiechnęła się do niego,a ten odszedł, aby najważniejsza dla niej osoba, podeszła. Przed jej oczyma pojawił się chłopak, który odmienił jej życie. Chciałaby spędzić z nim resztę swojego życia, ale jednak nie wygrała tej walki, aby to zrobić. Podszedł do niej i przytulił tak mocno, że dziewczyna nie mogła oddychać.
- Właśnie tego nie chciałam... Żebyś cierpiał... – Szeptała mu do ucha. Spojrzał na nią, a z jego oczu zaczęły płynąć szybkim strumykiem łzy. – Przepraszam... Ale pamiętaj, że zawsze jestem przy Tobie... Kocham Cię... – To były jej ostatnie słowa. Zamknęła powoli oczy a on siedział na podłodze, trzymając głowę na łóżku, obok jej twarzy. Wpatrywał się w nią, nadal szlochając. Wszyscy dookoła usłyszeli głośne i przedłużone "piii.....".
- Nie Laura! Nie możesz! – Mówił i płakał jednocześnie. – Nie możesz mnie zostawić... – Szepnął ciszej i wtulił się w jej włosy. Nie mógł powstrzymać łez...

To była ta jedyna. Codziennie przychodził na jej grób i opowiadał o swoich codziennych sprawach. Wyobrażał sobie, że przy każdym śmiesznym zdaniu, marszczy nosek i uśmiecha się do niego. Żył tak, jakby ona była z nim... Bo była.

czwartek, 16 października 2014

Brak weny = brak rozdziału :(

Przepraszam. Minął miesiąc a na moim blogu brak nowego rozdziału. Nie mam po prostu weny do pisania. Mam jakieś gorsze dni. I wcale nie chodzi tu o szkołę, bo nie mam jakoś dużo zadane, czy coś. Chodzi tylko i wyłącznie o brak weny. Ostatnio mi jej brak, coraz częściej. Przecież widzę, że większości osób nie podobał się ten ostatni rozdział (wiem, że był bez sensu)... No cóż. Leżę, słucham muzyki, oglądam jakieś filmiki o Rossie, czy Laurze i próbuję coś wymyślić. Niestety nic to nie pomaga. Nadal brak mi tej weny, którą miałam gdy zaczynałam pisać. I zastanawiam się czy nie zawiesić bloga... blogów. Was jak i mnie denerwuje to, że widać na tym blogu pustkę (na tym drugim też, ale to pisałam, że jak zakończę tego, zacznę pisać tam). Cholernie was przepraszam. Wolicie żebym zawiesiła? Czy raczej będziecie czuwać i poczekacie może jeszcze kilka dni, aż coś mnie oświeci? Nie wiem.. Jak wolicie.. Już dużo osób nie komentuje rozdziałów i to kolejny powód dla którego myślę, czy to w ogóle ma sens (wcale się nie dziwię, bo rozdziały są za przeproszeniem do dupy)  - chociaż jeszcze 2 rozdziały i zakończę tego bloga.. Ale i tak was potrzebuje do motywacji! Nie ważne, że mnie skrytykujecie. Ja was potrzebuję...
Czekam na wasze opinie w sprawie powyższych pytań. Mam nadzieje, że mi doradzicie co i jak.. Każda opinia jest dla mnie ważna. Nigdy nie przeoczyłam żadnego komentarza. I chciałabym podziękować za wszystkie komentarze pod ostatnim rozdziałem.
Przepraszam i dziękuję z góry za wszystkie komentarze, które się tutaj pojawią ❤
Pozdrawiam,
Willk ✌