niedziela, 7 września 2014

Rozdział 27

*Oczami Laury*
Odwróciłam głowę w jego stronę.
– No siemka – Uśmiechnął się, ale gdy ujrzał moje czerwone oczy od płaczu, szybko ten uśmiech mu zszedł z twarzy – Płakałaś?
Ja natomiast szybko wstałam i omijając go, pobiegłam na górę. Jak można być takim świnią! Nienawidzę go! Nie dość, że mnie okłamał, to jeszcze zdradził! Zaczęłam się pakować, a po chwili zamknęłam walizkę. I gdy wyszłam na korytarz, aby zejść na dół, drogę zagrodził mi Ross. Próbowałam go ominąć, a ten nie miał zamiaru mnie przepuścić.
– Lau, co się stało? – Zapytał łagodnym i ciepłym głosem.
O nie! Ja się już na to nie nabiorę. Nie odzywając się do niego, użyłam całej swojej siły, aby go odepchnąć, po czym szybko zbiegłam na dół. Ubrałam czym prędzej trampki i ponownie, gdy miałam wychodzić, poczułam dłoń na swoim nadgarstku. Odwróciłam się i spojrzałam mu w oczy. Pragnęłam się teraz do niego przytulić, ale to przecież niemożliwe. To on sprawił, że czuję się tak, jakby ktoś wyciągnął serce z mojej piersi i je zdeptał, a potem wsadził z powrotem.
On patrzał na mnie, jakby naprawdę nie wiedział o co chodzi.
– Słuchaj... ja już wszystko wiem. Nie musisz już nic przede mną ukrywać – Powiedziałam i otworzyłam drzwi.
– O czym Ty mówisz? – Usłyszałam za sobą.
Westchnęła ciężko i znowu na niego spojrzałam.
– Ty naprawdę udajesz takiego idiotę? – Nie dowierzałam już całkiem.
– Kurde, Lau! O co Ci chodzi? – Zapytał zdziwiony.
– O tą dziewczynę z którą się całowałeś. Jeszcze mam Ci tłumaczyć o co chodzi, czy już rozumiesz? – Wyszłam z domu, kierując się do furtki.
– Laura, zaczekaj! – Krzyczał za mną, a ja ze łzami w oczach, szłam z uniesioną głową.
Trzasnęłam furtką i ruszyłam przed siebie. Gdzie ja teraz pójdę? "Rodzice" mieli rację. Nie powinnam w ogóle ufać blondynowi. On nigdy mnie nie kochał, a ja nie chcę cały czas marnować swojego czasu na kogoś kto i tak mnie nie szanuje. A mimo to ZNOWU usłyszałam jego głos.
– Laura, cholera jasna, zaczekaj! – Krzyknął głośno, przez co parę osób zaczęło się mu przyglądać.
Zatrzymałam się i odwróciłam. Chłopak po chwili do mnie dołączył.
– Czego chcesz? – Zapytałam, ledwo powstrzymując łzy.
– Posłuchaj mnie. To nie tak... – Zaczął, ale od razu mu przerwałam.
– No jasne. Bo całowałeś się z nią nie tak jak myślę? – Prychnęłam zdenerwowana.
– To jest moja siostra! – Wrzasnął, a parę osób ponownie na niego spojrzało.
Przez chwilę stałam w bezruchu, nie rozumiejąc co on do mnie powiedział.
– Ale przecież... Ona Cię pocałowała – Odparłam szeptem.
– Nie wiem co widziałaś, ale pocałowała mnie TYLKO w policzek – Powiedział spokojniej.
– Okay, ale... nadal nie rozumiem dlaczego mnie okłamywałeś! Dlaczego wcześniej nie powiedziałeś, że to była Twoja siostra? W ogóle... Jak to? Ty masz siostrę? – Oszołomiona puściłam walizkę.
– Wróć ze mną do domu, wszystko Ci wyjaśnię – Odparł, biorąc moją walizkę. Ja jednak się nie ruszyłam – Chodź.
Patrzałam na niego lekko zdziwiona. Nie wiedziałam czy ufać w to co mówi. Wiele razy mnie okłamał, teraz również może. A jeśli mówi prawdę? Dlaczego ja mam z nim ciągle same problemy! Ciągle boję się mu zaufać.
Skinęłam w końcu głową i podążyłam za nim do domu Lynchów. Kiedy znaleźliśmy się w środku, poszliśmy od razu do pokoju chłopaka. Usiadłam na łóżku wyczekując od niego wyjaśnień. Ten natomiast lekko zdenerwowany, zaczął krążyć po pokoju.
– Okey, a więc... – Złożył dłonie i przełknął głośno ślinę. Czego on się boi? – Tamtą blondynkę, którą widziałaś, to była moja przyrodnia siostra. Tata zdradził moją mamę, i to spory czas temu, bo Rydel, tak ma na imię moja przyrodnia siostra, jest starsza ode mnie o 3 lata. I własnie dzisiaj rano do mnie napisała. Nie wiem skąd ma mój numer i jak się tu znalazła, bo nigdy jej nie widziałem, ale po prostu chciałem się dowiedzieć czy to prawda...
I wtem zapadła cisza. Wpatrywałam się w blondyna, który siedział na przeciw mnie przy biurku, ze spuszczoną głową.
– I to jest ta wielka tajemnica? Dlaczego to przede mną ukryłeś? – Zapytałam po chwili.
Poniósł na mnie wzrok i westchnął ciężko.
– Bo jest mi wstyd – Powiedział i znowu spuścił głowę. – Jest mi wstyd za mojego ojca. Co byś zrobiła, kiedy Twój tata okłamywałby Ciebie i Twoją mamę przez paręnaście lat? On sam nawet nie wiedział, że ma córkę z inną, bo nigdy więcej nie miał kontaktu z mamą Rydel. Jak to powiedział mój tata, do jej mamy "to był impuls" i tak zakończyła się ich znajomość.
– Ross. Ale jestem Twoją dziewczyną, powinieneś mi powiedzieć. Widzisz do czego to doprowadziło? Gdybym sama wierzyła aż tak bardzo w to, że mnie "zdradziłeś", już byś mnie więcej nie zobaczył – Wstałam i podeszłam do niego – Obiecaj mi, że już zawsze będziesz mówił mi prawdę.
Chłopak wstał i mnie przytulił, a do ucha wyszeptał:
– Obiecuję.

*Oczami Rossa*
No i co? Wybrnąłem? Wybrnąłem. Tak naprawdę to nie jest żadna moja siostra. Wymyśliłem to na poczekaniu. Ta dziewczyna, z którą widziała mnie Laura, to moja była. Tak, wiem co sobie myślicie... Że zdradzam Lau. Ale tak wcale nie jest! Ta idiotka, Hannah, jest ostro szurnięta. Nadal uważa, że możemy być razem. No cholera, przespałem się z nią raz i na tym się skończyło, a ona od tamtego czasu CIĄGLE do mnie wydzwania. Dzisiaj rano napisała, że ma sprawę związaną z Laurą. Na początku, ok, nie wiem skąd wie, że mam dziewczynę, ale poszedłem na spotkanie. A ona mi mówi, że jeżeli nie będę się z nią spotykać, to zrobi coś Laurze. Wtedy to już ostro się przeraziłem, bo pamiętam, jak chodziłem z taką jedną, Amy się nazywała, to o mały włos jej pod samochód nie wepchnęła.
No i oczywiście, powiedziałem, że kocham Lau i jeśli by jej coś zrobiła, to bym za siebie nie ręczył. Może i jestem chłopakiem, ale co ja jej zrobię? Nic nie zrobię, bo to dziewczyna. Mógłbym wezwać policję, ale po cholerę, jak mnie też zgarną za te dawne kradzieże i tak dalej.
Więc postanowiłem, że będę się z nią spotykać, ale żeby Lau się o niczym nie dowiedziała. Nie wiem jak ja to zrobię. Nie chcę jej mówić, że ktoś jej zagraża, bo potem będzie się bała. Kompletnie nie mam pojęcia co robić. Boję się, że brunetka będzie chciała się spotkać z moją "siostrą". Co wtedy zrobię? Nie wiem. Coś wymyślę, przecież każdy mi mówi, że jestem świetnym aktorem.
Zeszliśmy na dół na kolację. Mamy nie było. Ciekawe kiedy wyszła...
– Na co masz ochotę? – Zapytała brunetka, zaglądając do lodówki.
– A co jest? – Odpowiedziałem pytaniem, na pytanie.
– Yyy... Jajka – Parsknąłem śmiechem po jej wypowiedzi – No co?
– Nie, nic, nic – Uśmiechnąłem się – Obejrzymy coś?
– Okay! – Krzyknęła i pobiegła szybko do salonu.
– Zrobię popcorn, a ty wybierz film! Tylko proszę, nie wybieraj jakichś romansideł! – Burknąłem, wkładając popcorn do mikrofali.
Nie uzyskałem odpowiedzi. Wyjąłem szybko zrobiony popcorn i wsypałem do miski. Ruszyłem natychmiast do salonu, siadając na kanapie. Dziewczyna nadal siedziała przy półce z płytami i jedną po drugiej odrzucała.
– Szukasz jakiegoś konkretnego, prawda?
– Tak i boje się, że Twoja mama go nie ma... – Westchnęła, nadal wyjmując płyty i sprawdzając tytuł każdej z nich – Mam! – Krzyknęła i włączyła płytę.
Usiadła wygodnie a film się rozpoczął. Czekałem, aż w końcu pojawi się tytuł, kiedy nagle zadzwonił mój telefon. Spojrzałem na wyświetlacz.
– Kto to? – Zapytała patrząc na telefon.
– Nikt – Powiedziałem i szybko go odłożyłem.
Hannah dzwoniła. Cholera. Już dwa razy się z nią widziałem, nie może już sobie darować?
Na ekranie telewizora pojawił się napis "GWIAZD NASZYCH WINA". I w tym momencie spojrzałem na Lau poirytowanym wzrokiem.
– No co? To jest dramat – Powiedziała, nie rozumiejąc mojego wzroku.
– Ale ROMANS – Odparłem oburzony.
– Hej, to jest wspaniały film, nie czepiaj się! – I wtem znowu usłyszałem dźwięk telefonu.
– Odbiorę – Powiedziałem wstając i odbierając komórkę – Halo?
– No hej kotku! – Usłyszałem głośny pisk dziewczyny.
Poszedłem na zewnątrz i obejrzałem się, czy nie idzie za mną Laura.
– Hannah, proszę Cię! Czego jeszcze chcesz? – Zapytałem idąc w stronę ławki.
– No jak to co? Ciebie! Chodź do mnie!!! Nudzi mi się...
– Nie. Byłem już u Ciebie dwa razy, wystarczy, okay?! – Krzyknąłem zdenerwowany.
– Co proszę? Ty nie chcesz do mnie przyjść? Czy ja się przesłyszałam? – Pytała jak jakaś idiotka.
– Nie, nie przesłyszałaś się! Przyjdę jutro, dzisiaj daj mi już spokój – Chciałem się już rozłączać, kiedy usłyszałem imię mojej dziewczyny – Co powiedziałaś? – Zapytałem szybko.
– Powiedziałam, że: jeżeli w tej chwili nie przyjdziesz, pożegnasz się ze swoją dziewczyną. Słuchaj. Mam kolegę, który jest mi winien sporą przysługę za uratowanie tyłka, więc on w każdej chwili może do mnie wpaść i ja mu wszystko powiem o tej Twojej Laurze – Powiedziała, śmiejąc się – To jak? Wpadniesz?
– Idę – Odparłem cicho i się rozłączyłem – Cholera – Szepnąłem, po czym wszedłem do domu.
Pojawiłem się w salonie, drapiąc się w kark.
– O jesteś! Chodź, szybko, bo chcę go obejrzeć! – Uśmiechnęła się, robiąc mi miejsce na kanapie.
– Eh... Słuchaj Lau, Ha... Rydel do mnie dzwoniła i prosiła, żebym do niej wpadł. Nie obrazisz się, jeśli teraz pójdę? – Zapytałem z nadzieją.
– No trudno. To pozdrów siostrę ode mnie! – Wyszczerzyła się.
– Okay, będę za jakąś godzinkę... Pa – Powiedziałem i wybiegłem z domu.
Nienawidzę jej okłamywać. A mam inny wybór?

*Oczami Laury*
A tak chciałam obejrzeć ten film z Rossem! No trudno się mówi. Przecież nie może odmówić swojej siostrze, prawda? Ciekawe czy jest fajna? Oh, mam pomysł! Pójdę do nich teraz! Ciekawe, czy Ross jej o mnie mówił. Haha, ale się zdziwią jak mnie zobaczą. Wyłączyłam telewizor i poszłam ubrać buty. Zamknęłam dom na klucz i ruszyłam do tamtego domu, do którego wtedy poszedł blondyn.
Kilka minut, już stałam przed jej domem. Weszłam po schodach, wzięłam dwa wdechy i zadzwoniłam dzwonkiem. Ale Ross będzie miał minę, jak mnie zobaczy!
_______________________________________________
Witam! <5 Jest rozdzialik, ale z tygodniowym opóźnieniem :C
Wiem, miałam dodać jeszcze przed rozpoczęciem, ale jakoś nie miałam czasu.
Jak tam pierwszy tydzień w szkole?! :D Ja mam taki zaciesz, bo jestem w 2 gim.,
i już nie jestem najmłodsza, hahahaha <5 Ale i tak, wakacje się skończyły,
a ja mam już prace domowe i projekt -,- Yhhh...
Dziękuję wam za ponad 60 tysięcy wyświetleń! ♥ Jestem taka szczęśliwa, 
że podobają wam się te moje bzdury <5 A co do rozdziału, to...
oceńcie sami, bo moim zdaniem jest tandetny :)
Ale się rozkręciłam :D Dziękuję, za wszystkie miłe, pouczające i szczere komentarze! ♥
Pozdrawiam
~ Willk

czwartek, 28 sierpnia 2014

Rozdział 26

*Oczami Laury*
Nie mogłam uwierzyć. Usunął wszystkie wiadomości ze skrzynki! Ale dlaczego? Czyżby się bał, że odkryję prawdę? On nie rozumie, że coraz bardziej pogarsza sytuację? Zaczynam coraz bardziej mu nie ufać. I chyba nie ma w tym nic złego. Każdy zachowałby się tak na moim miejscu. No i skąd mam wiedzieć, gdzie był dzisiaj rano. Może Hugo będzie coś wiedział? W końcu to jego przyjaciel, chyba powinien coś wiedzieć.
Odłożyłam komórkę na miejsce i podeszłam do stołu, a w tym samym czasie do kuchni wszedł mokry blondyn, z ręcznikiem obwiązanym w dolnej części ciała. Chyba nie trzeba tłumaczyć dlaczego.
– Nadal się na mnie gniewasz? – Zapytał, jakby to było coś złego.
Odwróciłam się w jego stronę.
– Nie no, skądże znowu! Mam się gniewać na kogoś kto mnie okłamuje i nie ma zamiaru powiedzieć mi prawdy? – Odparłam z wyczuwalną ironią w głosie.
– Oh, no proszę Cię! Mogę mieć swoje tajemnice, prawda? – No jasne, pyta jakby moje zdanie było brane pod uwagę.
– Ale nie wiem czy pamiętasz, jesteśmy razem. A w związku nie ma żadnych tajemnic – Powiedziałam zakładając ręce.
– A Ty przede mną ukrywałaś wyjazd! – Krzyknął, machając rękami.
– Wtedy nie byliśmy razem i nie miałam obowiązku mówić Ci o tym wyjeździe.
– No jasne. Czyli co, mam z Tobą zerwać, żebym nie musiał Ci o tym mówić?
Przez chwilę patrzałam na niego, nie wiedząc co odpowiedzieć. Z jednej strony to logiczne, jeśli nie chce mi o tym mówić, ale z drugiej ma zamiar ze mną zerwać, przez jakąś głupią tajemnicę?
– Może powinieneś – Co ja powiedziałam?
Na następny raz, ugryzę się 40 razy w język, może poskutkuje. No, a teraz decyzja należy do kogoś, kto nie chce wyznać mi tajemnicy i lepiej byłoby dla niego, jeśliby ze mną zerwał. Czasami się zastanawiam, czy ja nie mam za długiego języka...
– Okay – Odparł w końcu.
– Okay – Odpowiedziałam mu tym samym, po czym wyszłam z pomieszczenia.
Spodziewałam się czegoś innego, a nie jakiegoś durnego "okay". Ruszyłam do jego pokoju, aby zabrać swoje rzeczy. Nie za bardzo wiem, gdzie się teraz podzieję, ale nie mam zamiaru zostać w tym domu ani chwili dłużej. Przynajmniej on jest szczęśliwy, bo zwolnił się z obowiązku mówienia mi prawy. W zasadzie to my zerwaliśmy, czy nie? Bo powiedzenie durnego słowa, potwierdzającego, że powinien ze mną zerwać jest trochę słabe. W zasadzie to czuję się, jakby go to nie obchodziło. Ale to oczywiście wszystko, przez mój długi język. Oczywiście nie mogłam się powstrzymać. Zaczęłam chować swoje rzeczy do walizki, gdy znowu niespodziewanie pojawił się Ross w pomieszczeniu.
– Co robisz? – Jego inteligencja mnie rozbawia.
– Pakuję się, nie widać? – Odpowiedziałam pytaniem na pytanie.
– Aha.
No przecież. Człowieka nie stać na nic więcej, tylko na jakieś słabe "aha". Co to w ogóle ma znaczyć? Dla mnie to jest coś typu "mam Cię w dupie". Więc skoro mówi "aha", to po co wcześniej mnie pyta co robię, jak i tak ma to gdzieś. A poza tym, widzi co robię, więc nie rozumiem co miało znaczyć to pytanie.
– Dobra, Laura, daj spokój – Zabrał mi z ręki poskładaną koszulkę, którą miałam zamiar włożyć do walizki.
– Nie wiem czy wiesz, ale kilka minut temu powiedziałeś mi, że ze mną zrywasz – Odebrałam mu koszulkę i włożyłam do walizki.
– "Okay", wcale nie musi oznaczać "zrywam z Tobą" – Wyjął tą koszulkę z powrotem.
– Tylko, że ja powiedziałam, że powinieneś to zrobić, a Ty na to "Okay", więc to chyba wystarczyło – Ponownie odebrałam mu moje ubranie.
– No tak, bo to akurat musiało oznaczać odpowiedź. Dlaczego musisz wiedzieć, gdzie rano byłem? – Zapytał, zmieniając temat tej durnej rozmowy, która nie miałaby końca.
– Bo tak – Odparłam krótko.
– No, naprawdę niezły argument – Prychnął.
– Bo się o Ciebie martwię? Bo nie chcę, abyś miał przede mną tajemnice? Bo Cię kocham? – No to teraz ma argumentów.
– A jak Ci powiem, że to nie zagraża mojemu życiu, to nie będziesz nalegać? – Zapytał, uśmiechając się uroczo.
– A skąd będę miała pewność, że mówisz prawdę? – Odwzajemniłam jego gest.
– Bo mi ufasz i mnie kochasz? – Zaśmiałam się na jego słowa – To jak? Przytulas, całus i wszystko okay? – Rozłożył ręce.
– Jesteś mokry – Powiedziałam, odsuwając się od niego o krok.
– Trudno – Przybliżył się do mnie i objął mnie bardzo mocno.
No, mimo, że mokry, to gorący. Zarzuciłam mu ręce na szyję i wtuliłam się w jego nagi tors. Myśli, że wygrał? Że nie obchodzi mnie, gdzie był? No to się zdziwi. Jeżeli chodzi o to, czy mu ufam... Tak, ufam. Ale mogę się mylić. Może i to, po co był gdzieś tam rano, nie zagraża jego życiu, ale to nie znaczy, że mnie to nie obchodzi.
Odsunęliśmy się od siebie, a blondyn musnął lekko moje usta.
– Pozwolisz teraz, że przebiorę się w jakieś suche ciuchy? – Zapytałam, odsuwając się od niego.
– Naprawdę nie musisz – Uśmiechnął się szelmowsko.
Spojrzałam na swoją białą sukienkę, która teraz prześwitywała i było widać mój zielony, neonowy stanik. Dlaczego włożyłam zielony? Westchnęłam ciężko i wskazałam głową na drzwi. Blondyn przewrócił teatralnie oczami i wyszedł z pokoju.
Swoją drogą, to my jesteśmy w końcu razem? Sama za nami nie nadążam. Przebrałam się szybko w koszulkę na ramiączkach i luźne spodenki, po czym wyszłam z pokoju. Chłopak odskoczył od drzwi.
– Podglądałeś?! – Oburzyłam się. Blondyn stał cicho – No wiesz? Byłam prawie naga!
– No własnie, prawie. Poza tym jak chodzisz na plażę, to też jesteś półnaga – Wzruszył ramionami.
Dmuchnęłam w swoje włosy, które opadały na moją twarz. Poddaję się. Nad tym człowiekiem nie zapanuję.
– A Ty będziesz paradować tak w samym ręczniku po domu? – Podniosłam brwi.
– A co? Wolisz bez? – Chwycił za ręcznik.
– Nie! – Odwróciłam głowę drugą stronę.
Przepraszam, ale moim zdaniem jestem jeszcze za młoda na takie widoki. Chociaż mam za niedługo 18 lat, to chyba nie taka młoda. Ale jednak nie jestem gotowa widzieć jego przyjaciela. Jeszcze nie teraz. Znaczy... Bo ja już z nim to robiłam, ale szczerze mówiąc byłam nieświadoma i już nic nie pamiętam.
– Dobra, spokojnie, żartowałem – Zachichotał cicho – Ale przecież już mnie tak widziałaś.
– Wiesz, niby tak, ale i tak nic nie pamiętam. Poza tym ta noc nie byłaby miłym wspomnieniem, więc nawet nie zaliczam jej do tego, że to się wydarzyło – Powiedziałam schodząc po schodach na dół.
– Czyli krótko mówiąc... Udajesz, że to się nie wydarzyło? – Zapytał idąc za mną.
– Nie wiem czy Ty byś chciał pamiętać noc, w której zostałeś wykorzystany – Weszłam do kuchni i nalałam sobie soku do szklanki.
– Ale nie jesteś za to na mnie zła? Byłem jeszcze dzieciakiem – Odparł i stanął naprzeciwko mnie.
– Ty wiesz, że to było niecałe 2 miesiące temu? – Upiłam łyk napoju.
– "Dzieckiem" w sensie, że człowiekiem, który niczym się nie przejmował i nie zważał na uczucia innych – Sprostował, chociaż ja i tak wiedziałam wcześniej o co mu chodziło z tym "dzieckiem".
– Dobra, nie ważne – Odstawiłam szklankę do zlewu.
– Chociaż szczerze mówiąc, byłaś niesamowita – Powiedział, wracając znowu do tematu.
– Ta, dzięki – Prychnęłam – Słuchaj, muszę iść zadzwonić do Monic.
– No okay, ja się pójdę ubrać – Uśmiechnął się.
– No nareszcie – Zaśmiałam się i ze swoim telefonem wyszłam na taras.
O cholera, 7 nieodebranych wiadomości od Monic. Wybrałam do niej numer i wcisnęłam zielona słuchawkę. Odebrała po czterech sygnałach.
– No nareszcie! Jak tam z Rossem? – Zapytała za starcie.
– Hej, u mnie dobrze, a jak u Ciebie? – Odparłam, na niezadane przez nią pytanie.
– Oj, no przepraszam. Po prostu się denerwuję...
– Nie no okay, ale przywitać to byś się mogła – Usiadłam na schodach.
– No przepraszam, no! Hej!
– No, a wracając do Twojego pierwszego pytania, wciąż mnie okłamuje. Nawet ze sobą zerwaliśmy, a później znowu ze sobą byliśmy.
– Nie rymuj tak. Wiesz, że tego nie lubię.
– Kurde no! Ja Ci tu o poważnych sprawach!
– A sprawdzałaś jego komórkę?
– No chyba nie jestem na tyle głupia, żeby najważniejszej rzeczy nie sprawdzić!
– Dobra, no i co, dowiedziałaś się czegoś?
– No właśnie problem w tym, że... – Nagle usłyszałam jak tarasowe drzwi się otwierają.
– Laura, ja muszę wyjść na chwilę – Odwróciłam się w stronę blondyna.
– Znowu? A mogę chociaż wiedzieć gdzie? – Próbowałam, aby mi chociaż mniej więcej powiedział gdzie idzie.
– Lau... – Zaczął, dając mi do zrozumienia, że i tak się nie dowiem.
– No dobra! Idź już – Powiedziałam, a chłopak jak na komendę zniknął.
– Znowu gdzieś idzie? – Zapytała do komórki dziewczyna.
– Taa... – Westchnęłam.
– To idź za nim – No i wtedy szybko pożegnałam się z dziewczyną i ruszyłam za chłopakiem, wcześniej ubierając trampki.
Zamknęłam dom i podążałam za Rossem najciszej jak potrafiłam. W zasadzie, to nie bardzo lubię kogoś śledzić. Gorzej by było, gdyby się dowiedział, że za nim idę. Chłopak doszedł do jakiegoś domu i zadzwonił dzwonkiem. Po chwili ujrzałam jak z drzwi wyłania się... jakaś dziewczyna! Ross zaczął się rozglądać, tak, jakby bał się, że ktoś go zobaczy, po czym wszedł do środka. Teraz czułam jakby w moim sercu znalazł się nóż. On mnie zdradza!
Z płaczem wróciłam do domu pani Stormie. Akurat kobieta wychodziła z auta.
– Laura? – Zapytała, widząc jak biegnę do drzwi i wbiegam pędem do środka.
Miałam rację. Lepiej było mu nie ufać! On jest pewnie ze mną tylko z litości! Bo wie, że nie mam się gdzie podziać. Nie mogę uwierzyć, że mnie okłamał. Zaufałam mu. Moi "rodzice" mieli rację! Po co ja w ogóle się z nim zdawałam? Teraz jeszcze bardziej cierpię.
Wpadłam do kuchni i zaczęłam chodzić w kółko zapłakana. Usłyszałam kroki z tyłu. Odwróciłam się, a mnie ukazała się pani Lynch. Podbiegłam do niej i przytuliłam ją szybko. Płakałam jej w ramię, nie mogąc złapać oddechu.
– Kochanie, co się stało? – Zapytała łagodnie kobieta.
– Ross, on... – Łkałam, nie mogąc wypowiedzieć słowa.
– Co się stało? – Powtórzyła przestraszona.
– On mnie zdradził – Szepnęłam, wtulając się jeszcze mocniej.
– Widziałaś to na własne oczy? – Spytała, wpatrując się w moją mokrą twarz.
– Znaczy... On przyszedł do jakiejś dziewczyny i ona... go pocałowała, a on... wszedł później do jej domu i... – Nie mówiłam dalej.
Nie mogłam. To tak bardzo mnie bolało. Kobieta zaprowadziła mnie na kanapę do salonu.
– Tak mi przykro – Dotknęła mojego policzka – Czasem zdrada coś kończy… rozpada się jedność jak upuszczone szkło. Nie da się poskładać do kupy zdradzonego szczęścia. Nigdy już nie będzie tak samo, żal pozostanie na zawsze, jak wbity w serce nóż a wspomnienia powrócą przy każdej sprzeczce. Dlatego trzeba wybaczyć i odejść… na zawsze.
Podniosłam na nią wzrok.
– Czyli... Mam go zostawić. I już nigdy nie wracać? – Upewniłam się, czy zrozumiałam.
– A czy będziesz umiała mu wybaczyć? – Zapytała, uśmiechając się lekko.
– Ja... Nie... Wiem... – Spuściłam głowę.
– No właśnie. Nie da się żyć z osobą, kiedy masz świadomość, że Cię zdradziła – Dotknęła mojego ramienia i wtem w salonie pojawił się Ross.
_________________________________________
Kolejny rozdzialik. Może nie jest jakiś tam rewelacyjny, ale się starałam :)
Czytałam sobie wasze komentarze i większość pisze o tym, żeby nie odchodziła.
Kochani, ja nie odchodzę! :) Ja po prostu kończę TĘ historię.
Od samego początku miałam zaplanowaną jak się skończy i nie potrafię jej przedłużyć.
Mam przecież drugiego bloga :) Tam dodam rozdział, jak skończę tę historię, żeby nie było, że tamtego zaniedbuję.
Skończę tego, będę pisać tam :))
Pozdrawiam
~ Willk

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Rozdział 25

*Następnego dnia*
W domu pani Lynch, panowała napięta atmosfera. Stormie dowiedziała się o wczorajszym zajściu, w którym uczestniczył także Ross. Chłopak na szczęście nie miał złamanego nosa, przez co trochę ulżyło kobiecie. Jednak nadal nie mogła pojąć, dlaczego ojciec Laury się tak zachował i uderzył jeszcze, można tak powiedzieć dziecko. Bo Ross w końcu jeszcze nie jest pełnoletni. Pomimo tego, nikt nie wracał do tego tematu. Laura jednak cały czas czuła się winna temu wszystkiemu.
Kiedy zebrali się przy śniadaniu, dziewczyna jako jedyna nie jadła, tylko wpatrywała się w talerz i grzebała w nim widelcem. Zastanawiała się, jak przeprosić Rossa i Stormie. Przecież mogło dojść do nieszczęścia. A gdyby chłopak uderzył w coś głową? Później byłaby karetka, szpital, a może nawet śmierć. Brunetka kiedy pomyślała o tym ostatnim, natychmiast upuściła widelec, a jej dłonie zaczęły drżeć. Zdała sobie sprawę, że trochę wyolbrzymia, ale jednak się zastanawia, co by było gdyby...
– Laura, zjedz coś – Usłyszała ciepły głos kobiety.
Podniosła wzrok i zobaczyła, że oboje już zjedli swój posiłek.
– Przepraszam, ale nie jestem głodna – Odparła trochę nieśmiało.
– Ale przecież musisz coś zjeść. Śniadanie to najważniejszy posiłek wciągu dnia – Nalegała Stormie.
– Mamo, nie zmuszaj jej. Jeśli nie chce, to niech nie je – Do akcji wkroczył blondyn.
Brunetka spojrzała na niego i podziękowała mu, lekko się uśmiechając.
– No dobrze. Ja idę do pracy – Powiedziała i po chwili wyjeżdżała autem z placu.
Nastolatkowie siedzieli w ciszy. Co chwilę zerkali na siebie, ale tak samo szybko odwracali wzrok. Ross nadal martwił się o dziewczynę, jednak nie wiedział co ma zrobić.
W pewnej chwili ciszę przerwała dzwoniąca komórka w kieszeni blondyna. Chłopak bez namysłu spojrzał na wyświetlacz. Przyszedł mu sms. Ross od razu przeczytał wiadomość i zamarł w bezruchu.
– Słuchaj... Ja muszę iść do... Hugona. Muszę mu pomóc w naprawie motoru – Odparł, wpatrując się w komórkę.
– Okey, ale... – Zaczęła brunetka.
– Później pogadamy, pa – Pocałował ją w policzek i już go nie było.
Rozkojarzona Laura, siedziała nieruchomo na krześle. "Jakoś wątpię, żeby to chodziło o motor" - Pomyślała, patrząc przez okno, jak blondyn wybiega z posiadłości. Westchnęła ciężko i rozejrzała się dookoła.

*Oczami Laury*
No i co ja mam teraz robić? Może zadzwonię do Monic? Dawno nie byłam na mieście. Albo w centrum handlowym. A o tej całej sprawie z "motorem", dowiem się później. Chwyciłam w dłoń komórkę i wybrałam numer do rudowłosej. Ostatnio jakoś straciłyśmy kontakt i ze sobą nie rozmawiamy, a więc muszę to naprawić.
– Halo? – Usłyszałam przyćmiony głos dziewczyny.
– Monic? Tu Laura – Usiadłam w kanapie.
– O hej! Wiesz, zabiję Cię za to, że budzisz mnie tak wcześnie – Zaśmiałam się cicho.
– Tak, tak... Ej, masz ochotę wyjść na miasto? – Zapytałam z entuzjazmem.
– Jasne, że tak. Daj mi jakieś 20 minut i spotkajmy się przy fontannie. Lecę się szykować – I tyle ją słyszałam.
Włożyłam telefon do kieszeni spodenek i od razu ruszyłam do centrum. Oczywiście zamknęłam dom i w ogóle. Nie pytajcie, skąd miałam klucze. Ale jak już chcecie wiedzieć, to wisiały obok drzwi. Szłam sobie powoli, aż w końcu doszłam do fontanny. Usiadłam na ławce i czekałam. Czekałam, czekałam i czekałam... I nareszcie się doczekałam!
– Miało Ci zejść 20 minut, a nie 40! – Oburzyłam się, witając przyjaciółkę.
– No przepraszam, ale nie mogłam znaleźć lokówki – Przytuliłyśmy się na przywitanie.
– A nie mogłaś przyjść w kucyku, czy czymś?! Akurat dziś potrzebowałaś lokówki?! – Patrzałam na nią pełna złości, a po chwili ta złość, tak szybko się ze mnie ulotniła, że aż zaczęłam się śmiać.
– Czasami się Ciebie boję – Powiedziała lekko wystraszona dziewczyna. – Co tam porabiałaś przez te parę dni?
– Nie pytaj – Usiadłam na ławce, a Monic obok mnie.
– Co się stało? – Zapytała troskliwie.
– No więc zacznę od tego, że gdy tamtego dnia wyszłaś z pokoju, trochę posprzeczałam się z Rossem. A mając na myśli "trochę", znaczy, że BARDZO. On powiedział, że ja zawsze myślę tylko o sobie. Więc ja się zdenerwowałam i powiedziałam, że gówno go to obchodzi, czy wyjadę do Miami, czy nie. I że dopóki on nie pojawił się w moim życiu, było lepiej niż teraz i po co ona za mną łaził, a on na to, że to nie jego wina, bo od samego początku czuł się przy mnie inaczej... No a potem powiedział, żebym sobie jechała do tego Miami, bo on ma to w dupie i sobie po prostu wyszedł. A ja, no cóż, sądziłam, że dobrze zrobiłam. Tylko, że w nocy miałam dziwny sen. Że ja wyjechałam do Miami i zostałam tam dłużej, bo dostałam się na studia, czy coś takiego. No, a on się żenił. I gdy przyjechałam, powiedziałam mu, że go kocham, a on powiedział ze już za późno i tak dalej. Więc gdy rano wstałam, postanowiłam pojechać do niego i go przeprosić. No i zostaliśmy parą. A wtedy zadzwonił telefon i mama mi kazała wracać do domu, bo z całą rodzinką mają mi coś ważnego do powiedzenia – Tu wzięłam oddech, i mówiłam dalej. – A gdy przyjechałam do domu, to oni oznajmili mi, że jestem adoptowana, to ja...
– Czekaj, że co jesteś?! – Krzyknęła przerażona.
– Tak, jestem adoptowana. Ale wracając, ja się tak zdenerwowałam, że spakowałam swoje rzeczy i z tego wszystkiego pojechałam do mamy Rossa. Nie powiedziałam im co się stało, a oni przyjęli mnie z otwartymi ramionami. Na następny dzień poszliśmy sobie z Rossem na spacer, a gdy wróciliśmy, to pod domem stali moi "rodzice" i Van. Wtedy też się dowiedziałam, że Vanessa też jest adoptowana i ona o wszystkim wiedziała i chciała mi powiedzieć, ale oni jej zabronili. A potem siłą chcieli mnie zabrać do domu, więc Ross staną w mojej obronie i tak się złożyło, że mój "tatuś" postanowił go uderzyć. Prawie mu złamał nos! – Oburzyłam się. – No a dzisiaj jakoś tak było trochę sztywno. Pani Lynch pojechała do pracy, a Ross dostał jakiegoś sms-a, przez którego zaczął się dziwnie zachowywać i powiedział mi, że musi iść do Hugona pomóc mu naprawić motor. Ale mi się wydaje, że to chodziło o coś innego.
– Wow. Ale ty masz zakręcone życie! Ale... Może zadzwonię do Hugona i zapytam się go, czy jest u niego Ross? – Zapytała z uśmiechem.
– Wiesz, byłabym wdzięczna – Odwzajemniłam gest.
– Ok, czekaj – Wyciągnęła komórkę, wybrała numer i przystawiła sobie ją do ucha. – Hej! ... Hugo, mam sprawę ... Tak, tak ... Ale słuchaj, jest może u Ciebie Ross? ... Ach tak A podobno zepsuł Ci się motor ... Rozumiem ... Dobra, dzięki, papa, buziaczki – I się rozłączyła.
– I co? – Spytałam wystraszona.
– Słuchaj, Hugo powiedział, że nie wie o żadnym motorze i Rossa u niego nie ma – Powiedziała, chowając komórkę.
– Czyli Ross mnie okłamał? – Oniemiałam.
– Najwidoczniej, tak – Stwierdziła.
Kurcze, no. Co było aż takiego tajnego, że nie mógł mi powiedzieć prawdy? Myślałam, że jesteśmy razem i mówimy sobie wszystko! Dobra, pogadam z nim jak wrócę, a teraz idę z Monic na mały shopping!

***

– Jestem wykończona! – Krzyknęłam siadając na pobliską ławkę.
– Ja też! Stopy to mi zaraz dosłownie, odpadną – Ściągnęła szpilkę i zaczęła gładzić kostkę.
– Dlatego ja zawsze wkładam trampki! – Zaśmiałam się.
Spojrzałam na zegarek. Wybiła godzina 15. Jak można chodzić pięć godzin po sklepach? Ja akurat nie kupiłam nic. Wszystko było jakieś takie, nie w moim stylu, za to Monic, no cóż. Jakieś 20 toreb.
– Dobra, ja wracam do domu – Odparłam wstając.
– No, daj mi znać jak z Rossem – Przytuliłyśmy się i rozeszłyśmy w inną stronę.
Nigdy więcej nie będę tyle chodzić! Czuję się, jakbym nóg nie miała. I bardzo współczuję ludziom, którzy ich nie mają. Chciałabym im jakoś pomóc! Czemu ci wszyscy premierzy, nie inwestują w protezy, tylko w jakieś durne rzeczy, które wcale nie są potrzebne ludziom? Gdybym ja tam pracowała, przeznaczyłabym wszystkie pieniądze na chorych, a nie na jakieś bezsensowne rzeczy, które i tak nie mają przyszłości.
I z takimi własnie rozmyśleniami wkroczyłam do domu. Kiedy ściągałam buty, w korytarzu pojawił się blondyn. Wyprostowałam się i spojrzałam na niego.
– Gdzie byłaś? Wystraszyłem się! – Podszedł do mnie i kiedy chciał mnie przytulić, ja się odsunęłam. – Co jest? – Zdziwił się.
– Mogę wiedzieć, dlaczego tak szybko wyszedłeś rano? – Zapytałam zakładając ręce.
– No przecież Ci mówiłem, że byłem u Hugona naprawiać motor – Odparł jakby nigdy nic.
– Ach tak? Tylko, że on nic nie wiedział o żadnym motorze i o tym, że u niego jesteś – Powiedziałam zła.
– Szpiegujesz mnie? – Spytał zdziwiony.
– Nie. Po prostu Monic dzwoniła do Hugona, a on jej wszystko powiedział. Dlaczego mnie okłamałeś? – Mój głos się załamał.
– Ja... Nie mogę Ci powiedzieć – Spuścił głowę.
– Dlaczego? Przecież jesteśmy razem, prawda? – Podeszłam bliżej.
Spojrzał na mnie smutnymi oczami, że aż mi się żal zrobiło. Dotknęłam jego ramienia, dodając mu otuchy.
– Naprawdę Ci nie mogę powiedzieć. No... Po prostu nie mogę – Odparł.
– Dlaczego? – Zapytałam ponownie.
Nic nie odpowiedział. Wzięłam rękę i odsunęłam się od niego.
– Lau... – Szepnął przybliżając się.
Ja zrobiłam krok w tył, spojrzałam na niego, po czym ominęłam go i pobiegłam do ogrodu. On mi nie ufa? Nie ufa mi. On nadal mi nie ufa! Ale, ja muszę wiedzieć! I się dowiem. Nie odpuszczę. To musi być coś ważnego, skoro nie chce mi nic powiedzieć. A ja potrzebuję jego telefonu!
Siedziałam chwilę na schodach, na tarasie. Usłyszałam nagle, jak chłopak bierze prysznic. Wstałam na równe nogi i pobiegłam do kuchni. Na blacie leżała jego komórka. Wzięłam ją do ręki i szybko weszłam w sms-y. A to co tam zobaczyłam, zaskoczyło mnie. I to bardzo zaskoczyło!
_______________________________________________
No i jak? Przepraszam, że trochę później dodaję,
ale ten tydzień była u mnie przyjaciółka i nie bardzo miałam czas pisać.
Poza tym, mam dla was smutną wiadomość. Znaczy, nie wiem, czy dla was jest smutna,
ale dla mnie jest. Chodzi o to, że...
Za jakieś 5 rozdziałów, kończę tę historię.
Jeden powód jest taki, że za tydzień szkoła i znowu bym was mogła zacząć zaniedbywać,
a drugi powód jest taki, że mam jeszcze drugiego bloga.
Mam nadzieję, że te (około) 5 rozdziałów, będzie wam się miło czytać.
Pozdrawiam <3
~ Willk

czwartek, 14 sierpnia 2014

Rozdział 24

*Oczami Laury*
Ziewnęłam, rozciągając się jak kot. Westchnęłam ciężko i zaczęłam przyzwyczajać oczy do światła. Kilka chwil później, widziałam wszystko w odpowiedniej ostrości. Rozejrzałam się po pomieszczeniu, który najwyraźniej nie był moim pokojem. Z pozycji leżącej, przeniosłam się do pozycji siedzącej. A kiedy stałam na równych nogach, zdałam sobie sprawę, że mam na sobie za dużą koszulę, która sięgała mi do połowy ud. Podrapałam się po głowie i znowu rozejrzałam się po wnętrzu.
Zielone ściany, a na jednej czarna tapeta w białe nuty i jakieś różne słowa z piosenek. Nad drzwiami wisiał obraz, na którym było morze i plaża. W kącie obok drzwi stała gitara. Obok łóżka znajdowała się niewielka szafka nocna. Przy biurku wisiała półka, a na niej zdjęcia.
Podeszłam bliżej i wzięłam pierwsze z rzędu. Był na nim chłopak. Młodszy. Widać, że był szczęśliwy, a w jego oczach widniały te iskierki radości. Przez tułów miał przewieszoną gitarę, tą samą, która stoi teraz w kącie pokoju.
– Zawsze marzył by zostać muzykiem – Usłyszałam obok ucha i aż odskoczyłam z przerażenia.
Za mną stała mama Rossa, która patrzała na zdjęcie z uśmiechem.
– Nigdy już nie był tak szczęśliwy. Dopóki Ty nie pojawiłaś się w jego życiu. Teraz również widać te same błyszczące oczy i szczery uśmiech co kiedyś – Spojrzała na mnie ze łzami w oczach – Dzięki Tobie Laura, znowu jest tym wesołym i pełnym zapału chłopakiem ze zdjęcia.
Uśmiechnęła się do mnie i starła łzy z policzków. Odwzajemniłam jej gest. Po chwili i ja poczułam słoną ciecz pod powiekami.
– Ubierz się i zejdź na śniadanie. Ja jadę do pracy – Powiedziała i wyszła z pokoju.
Na łóżku zobaczyłam sukienkę. Pewnie pani Stormie mi ją przyniosła. Odstawiłam zdjęcie i wzięłam w ręce to koronkowe cudo. Vanessa mi ją podarowała na 17 urodziny. Westchnęłam ciężko, przypominając sobie całe to wczorajsze zajście. Ruszyłam do łazienki i aż cofnęłam się o krok, jak zobaczyłam swoje odbicie w lustrze. Muszę się natychmiast ogarnąć, bo wyglądam gorzej niż strach na wróble. Dopiero teraz zorientowałam się, że do lusterka jest przyczepiona kartka. Oderwałam ją.

"Korzystaj ze wszystkiego i czuj się jak u siebie! :) 
-STORMIE"

Uśmiechnęłam się szeroko. Kocham tą kobietę! Ściągnęłam z siebie koszulkę Rossa (chyba jego) i weszłam pod prysznic. Poczułam jak gorące krople muskają moje ciało. Ale kilkanaście minut później, musiałam wyjść z tego cudownego prysznica. Zawinęłam na głowie ręcznik, a całe ciało przetarłam innym mięciutkim ręcznikiem. Zdjęłam ten turban z głowy, nałożyłam sukienkę i rozczesałam włosy. Spojrzałam na swoją twarz. Na szczęście nie miałam podpuchniętych oczu, co jest trochę dziwne. Więc moim makijażem okazała się tylko pomadka.
Gotowa wyszłam z łazienki i udałam się na dół. Gdy coraz niżej schodziłam, tym coraz bardziej czułam piękną woń świeżego chleba i pasty jajecznej. Weszłam czym prędzej do kuchni.

*Oczami Rossa*
Przygotowałem nam śniadanie. Mam nadzieję, że Laura lubi pastę jajeczną. Kiedy szykowałem ostatnią kanapkę i kładłem ją na talerz, do kuchni weszła (może trochę wbiegła) prześliczna brunetka. Dziewczyna w ślicznej, koronkowej sukience, zaczęła delikatnie muskać swoimi stopkami podłogę, zbliżając się tym samym do mnie. A ja z kanapką w górze, wytrzeszczonymi oczami i otworzonymi ustami tak, że spokojnie mogłaby się tam zmieścić piłeczka tenisowa, gapiłem się na nią jak na anioła. Bo tak zresztą wyglądała.
Te jej piękne, ciemne jak czekolada oczy... (Ross)
Te jej cudne włosy, pachnące jak kwiat wanilii... (Ross?)
Te jej usta, które jak się tylko uśmiechną, potrafią rozjaśnić najciemniejszą noc... (Ross?!)
To ona - najpiękniejszy kwiat, jest właśnie moją dziewczyną...
– Ross do cholery! – Krzyk tego najpiękniejszego kwiatu, właśnie wybudził mnie z transu.
Teraz widziałem przed sobą, całą czerwoną i wkurzoną dziewczynę, która w ogóle nie przypominała tej bezbronnej dziewczynki co wczoraj. Chyba jednak wolę jak się smuci...
– Tak? – Zapytałem jak gdyby nigdy nic i położyłem w końcu tą kanapkę na talerzu.
– Od paru minut próbuję Ci coś powiedzieć, a Ty stoisz jak ten słup i na nic nie reagujesz! – Oburzyła się, marszcząc (słodko) nos.
– Kanapkę? – Zapytałem, podnosząc talerz pod jej nos.
Przekręciła tylko oczami i uśmiechnęła się lekko. Odsunąłem jej stołek, a ona usiadła. Klapnąłem naprzeciwko niej. Dziewczyna po chwili zaczęła zajadać się kanapką. A po chwili drugą... I trzecią. Ile ona je? Zjadła prawie tyle co ja... Tego to się po niej nie spodziewałem. Tak jak tego, że pójdzie spać o 15 i wstanie dopiero o 9 rano. To jest dopiero wyczyn. Musiała być naprawdę wykończona, a ja muszę się dowiedzieć co się stało. Tak więc, przemyłem talerze i razem z Laurą postanowiliśmy, że się przejdziemy do parku. Kiedy wyszliśmy z domu, zamknąłem drzwi na klucz i wychodząc z posiadłości mojej mamy, złączyłem nasze dłonie. Dziewczyna nie sprzeciwiała się, tylko położyła głowę na moim ramieniu. I w takiej przyjemnej ciszy, doszliśmy do przepięknego parku. Usiedliśmy na ławce i postanowiłem w końcu, że się dowiem, co się takiego wczoraj wydarzyło.
– Lau, wiem, że pewnie nie chcesz o tym rozmawiać, ale powiesz mi co się wczoraj stało? Martwię się o Ciebie – Trzymając jej dłonie w swoich, patrzałem jej prosto w oczy.
Widziałem w nich smutek, a po chwili pojawiły się łzy. Przytuliłem ją jak najszybciej.
– Nie płacz. Wszystko będzie dobrze – Szeptałem, słysząc jak dziewczyna płacze.
Jednak jest jeszcze za wcześnie. Nie mogę przecież nalegać, żeby powiedziała co się stało. Nienawidzę jak płacze. Patrzę na nią i wiem, że nie mogę nic z tym zrobić, tylko ją wspierać. A to boli, bardzo boli.
– Chodź, pójdziemy na lody – Powiedziałem wstając.
Nie mogę patrzeć, jak miłość mojego życia ciągle płacze. Chcę być dla niej nie tylko jak chłopak, ale też przyjaciel, który pocieszy ją w każdej chwili. Dziewczyna spojrzała na mnie, tymi czekoladowymi oczami. Nadale trzymałem ją za rękę i chyba nigdy nie puszczę. Ona również wstała, a kiedy ruszyliśmy przed siebie, ja nie zauważyłem kamienia i poleciałem na ziemię. Brunetka zaczęła się śmiać jak opętana i w ten właśnie sposób wyleczyłem dziewczynę ze smutku. I ja sam też chciałem się z tego śmiać. Bo kiedy ona jest radosna, to ja też jestem.

*Oczami Laury*
On zawsze potrafi mnie pocieszyć. Co by się nie działo, jak bardzo bym była smutna, on wystarczy, że zrobi jeden krok, a już wraca mi uśmiech na twarz. W końcu przestałam się śmiać i zobaczyłam jak blondyn mi się przygląda.
– Co? – Zdziwiłam się, a blondyn uśmiechał się do mnie, jakby właśnie się żenić chciał.
– Nic, nic... Pomożesz? – Wyciągnął ku mnie rękę.
Zaśmiałam się cicho i podałam mu dłoń. Chłopak ją chwycił i pociągnął mnie do siebie, tak, że wylądowałam na nim.
– O Ty cwaniaku! – Krzyknęłam przez śmiech.
Oparłam się na rękach i spojrzałam mu w oczy. Chłopak otarł jeszcze moje mokre policzki od łez, a ja bez żadnego namysłu, przybliżyłam się do niego i pocałowałam. Był krótki, ale znaczący o wiele więcej. Ross uśmiechnął się do mnie, a ja przygryzłam wargę. Dopiero po chwili zdaliśmy sobie sprawę, że ludzie przechodzili obok nas i uśmiechali się, a jednocześnie dziwili, dlaczego leżymy na środku w publicznym miejscu. Na środku ścieżki w parku. Jednak my się tym nie bardzo przejmowaliśmy. Już po chwili szliśmy w stronę domu pani Stormie. Po drodze jeszcze Ross kupił mi balona w kształcie serduszka. Co prawda mieliśmy iść na lody, ale jakoś zapomnieliśmy o tym wszystkim. Szłam z balonem w ręku, a drugą trzymałam chłopaka za dłoń.
Wszystko byłoby dobrze, gdybyśmy przed domem pani Lynch nie zastali moich rodziców i Vanessy. Nie za bardzo wiem, skąd wiedzą, gdzie mieszka mama Rossa, ale nie będę w to wnikać.
– Laura! – Krzyknął w moją stronę ojciec.
A raczej były ojciec. W zasadzie to nigdy nie był moim tatą, więc po prostu pan Damiano.
– Jeszcze ich tu brakowało – Szepnęłam w stronę blondyna.
On nie za bardzo wiedział o co chodzi, a znając życie, zaraz się wszystkiego dowie. To nawet lepiej bo ja nie miałam siły mu mówić o tym wszystkim, czego się wczoraj dowiedziałam.
– Mogę wiedzieć co wy tu robicie? – Zapytałam zła.
– Moglibyśmy Cię zapytać o to samo – Powiedziała Ellen, znacząco patrząc na Rossa i na to, jak trzymamy się za ręce.
– Z tego co wiem, nie jesteś moją matką, żeby mi mówić co mam robić! – Krzyknęłam nie dowierzając, że ta kobieta jeszcze się czepia, co ja robię z blondynem.
– Jak to nie jest Twoją mamą – Nie ogarniał Ross – To o tym się wczoraj dowiedziałaś?
Spojrzałam na niego i kiwnęłam lekko głową.
– Lau, jesteś niepełnoletnia! Masz wrócić do domu! – Warknął Damiano, jednocześnie chwytając mnie za rękę.
Wyrwałam się szybko i cofnęłam, stając obok Rossa.
– Nigdzie nie będę wracać. Trzeba było mi powiedzieć wcześniej, że jestem adoptowana, to nie byłoby żadnych problemów! – Krzyknęłam takim samym tonem.
– Vanessa się jakoś tym tak nie przejęła! – Ellen zakryła szybko usta, kiedy to powiedziała.
Po chwili się zorientowałam o co chodzi. Czyli Van jest moją prawdziwą siostrą, i oni nas adoptowali.
– No nie wierzę – Odparłam oszołomiona – Van jest moją siostrą! Ale... Może ona się tym tak nie przejęła, bo była ode mnie starsza i wiedziała już chyba wtedy, że nas adoptujecie, nie?
– Dokładnie – Powiedziała jak dotąd milcząca Van – Ja chciałam Ci powiedzieć od razu, jak będziesz już wszystko rozumieć, ale oni mi nie pozwolili.
– Dosyć tego! Jedziesz z nami! – Warknął ojciec i z wielką siłą, szarpnął mnie w jego stronę.
– Nie możecie jej zmuszać, skoro nie chce z wami jechać! – Wrzasnął Ross i łapiąc mnie za talię, przyciągnął do siebie.
W tej chwili czułam się jak zabawka, o którą się kłócili. Mój "tata", zdenerwował się i uderzył blondyna prosto w nos.
– Ross! – Krzyknęłam, kiedy ten upadł na ziemię.
Oni szybko, jak jacyś bandyci wsiedli do auta i odjechali. Vanessa została z nami. Pomogłam blondynowi wstać i zaprowadziłyśmy go do domu. Zapłakana chodziłam po domu w poszukiwaniu apteczki. Van poszła do sklepu po waciki, bo się skończyły. Kiedy stanęłam naprzeciwko blondyna nie mogłam wytrzymać. Wybuchnęłam jeszcze większym płaczem niż dotąd.
– Przepraszam! To wszystko moja wina! Jestem beznadziejna! – Krzyknęłam i usiadłam obok niego na kanapie.
– Przestań Lau. Wszystko jest dobrze. Nie płacz już – Przytulił mnie.
To chyba ja powinnam go pocieszać, bo przecież mój "tatuś" prawie złamał mu nos!
– Oni mogą pójść na policje. Przecież ja jestem niepełnoletnia! – Łkałam mu w ramię.

*Oczami Rossa*
Dobra, aż takiej akcji się nie spodziewałem. Nigdy bym nie pomyślał, że Laura może być adoptowana, a tym bardziej, że jej tata, to znaczy już nie jej tata, posunie się do tego, żeby mi przywalić! No bo przecież on jest taką ważną osobą w tej całej jego firmie, a zachował się jak... jak ja! Znaczy dawny ja!
Wiem jakie Laura może przeżywać teraz piekło, bo sam kiedyś je przeżyłem. Dlatego wiem, że wsparcie kogoś jest potrzebne. Mnie wtedy nikt nie wspierał i kim się stałem? Casanovą bez serca i uczuć. Jednak mam szczęście, że znalazła się taka osoba, która potrafiła mnie zmienić i przypomnieć mi, kim tak naprawdę jestem. Więc teraz nie mogę zostawić Laury. Nie chcę aby stała się tym kimś, kim stałem się ja. Dla mnie ona jest najważniejsza. Pewien mądry człowiek powiedział, że miłość zaczyna się wtedy, kiedy szczęście drugiej osoby staje się ważniejsze niż Twoje...

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Rozdział 23

*Oczami Laury*
Biegnę. Mam na sobie krótkie spodenki i bluzkę z krótkim rękawem. Do tego marynarka i buty na niskim obcasie. Szukam kogoś. Sama nie wiem kogo. Oglądam się we wszystkie strony. Ujrzałam go. Był ubrany w garnitur. Bez zastanowienia podbiegłam do niego, tym samym on odwrócił się do mnie.
– Laura? – Zdziwił się.
Był już starszy. O wiele starszy. Stał przed kościołem.
– Kocham Cię – Tyle tylko powiedziałam.
On wydawał się być zdziwiony. Coś tu nie grało. Przecież pojechałam do Miami tylko na dwa miesiące, to dlaczego on już jest o wiele lat starszy?
– Już za późno Lau... Żenię się – Odparł, a mnie zamurowało.
– Jak to się żenisz? – Zapytałam ze łzami w oczach.
– Wyjechałaś. Dostałaś się na muzyczne studia w Miami. A teraz przyjeżdżasz i jakby nigdy nic, mówisz mi, że mnie kochasz. Mogłaś pomyśleć zanim tam pojechałaś – Powiedział patrząc mi w oczy.
– Ale Ross... – Szepnęłam. 
On bez słowa wszedł do kościoła. Usłyszałam melodię. Na schodach pojawiła się dziewczyna... Maia. W długiej białej sukni i z bukietem kwiatów w rękach. Na głowie miała welon. Również weszła do kościoła. Ja stanęłam w drzwiach. Trwała msza, a kiedy ksiądz kazał im się pocałować, Ross spojrzał na mnie, po czym bez namysłu pocałował swoją narzeczoną...
Otworzyłam oczy i poderwałam się jak najszybciej. Co to było? Spojrzałam przerażona na zegarek. Szybko wstałam z łóżka i poszłam do łazienki, aby się ogarnąć. Ubrałam tylko moją ulubioną sukienkę i buty na koturnie. Dobra, musimy pomyśleć. Wyjechałam do Miami, tam dostałam się na studia i już nie wróciłam do Los Angeles? Przecież to niemożliwe! Nie trzeba wierzyć we wszystko co w snach.
Mimo to, kiedy zjadłam śniadanie, ruszyłam do Rossa. Może powinnam go przeprosić? Poniosło mnie wczoraj. Ale przecież on też nie był lepszy! Mówił, że myślę tylko o sobie, a tak wcale nie jest! Chociaż... Nie myślałam jak on może się czuć, gdy wyjadę. Pewnie na jego miejscu zareagowałabym tak samo...
Teraz pytanie, czy przeprosić, czy nie. Może... Powiem mu o tym śnie? Ciekawe jak zareaguje. Zamówiłam taksówkę i kazałam jechać pod jego dom. Zapłaciłam taksówkarzowi i wysiadłam z samochodu. Wzięłam głęboki oddech i zapukałam do drzwi. Nikt nie otwierał. Ehh... Po co ja tu przyjeżdżałam? Odwróciłam się na pięcie, jednak ktoś otworzył drzwi.
– Laura? – Zdziwił się.
Normalnie jak w moim śnie! Odwróciłam się do niego i lekko uśmiechnęłam.
– Hej Ross. Ja przyszłam... Cię przeprosić. Znowu mnie poniosło. Ale to nie moja wina, że mam taki charakter i... – Blondyn mi przerwał, podchodząc do mnie i całując w usta.
Trochę mnie to zszokowało, ale oddałam pocałunek. Oderwaliśmy się od siebie.
– To ja Cie raczej powinienem przeprosić. Wcale nie myślałem nad tym co mówię. Wybaczysz? – Uśmiechnął się szeroko.
Pocałowałam go lekko w usta. Spojrzałam mu w oczy i również się uśmiechnęłam.
– Kocham Cię – W końcu to powiedziałam.
Nie wierzę. Kocham Rossa Lyncha. I chyba zawsze kochałam. Naprawdę mam refleks, jak nie wiem...
– Więc Lau, uczynisz mi ten zaszczyt i zostaniesz moją dziewczyną? – Zapytał, tym samym wyrywając mnie z moich rozmyśleń.
Patrzałam na niego przez chwilę, składając jego słowa w całość.
– Tak! – Krzyknęłam, ale po chwili się opamiętałam. Odchrząknęłam – To znaczy... Tak – Powiedziałam już spokojniej.
Ross się zaśmiał i znowu mnie pocałował. No któż by pomyślał, że Ross Lynch i Laura Marano będą razem? Ja na pewno nie. W pewnej chwili poczułam jak mój telefon wibruje w ręce. Spojrzałam na niego. Mamuśka dzwoni.
– Przepraszam – Uśmiechnęłam się do chłopaka i odeszłam kilka kroków – Tak mamo?
– Słuchaj Laura. Ja z tatą mamy Ci coś ważnego do powiedzenia. Mogłabyś wrócić do domu? – Trochę się przestraszyłam jej lekko załamanego głosu.
– Co się stało? – Zapytałam przejęta.
– To nie jest rozmowa na telefon. Wracaj do domu – I zakończyła naszą rozmowę.
Popatrzałam na wyświetlacz telefonu. Czuję, że to raczej nie będzie miła rozmowa z rodzicami.
– Co jest? – Blondyn do mnie podszedł.
Odwróciłam się do niego trochę przestraszona.
– Muszę wracać do domu. Spotkamy się później? – Spytałam przygryzając wargę.
– Jasne. Wpadnę po Ciebie i pojedziemy do kina, czy gdzie tam będziesz chciała – Pocałował mnie – A jakby co, to będę u mamy. A może Cię podwieźć do domu?
– Nie, nie... Dam radę. Pa – Cmoknęłam go i odwracając się ruszyłam w stronę domu.

***

Otworzyłam szybko drzwi i weszłam do domu. Strasznie się boję. Pierwszy raz słyszałam mamę, taką zdenerwowaną, a jednocześnie zmartwioną. Tylko czym? Odłożyłam klucze na półkę i weszłam do kuchni. Siedzieli przy stole. Nawet Vanessa była. Czekali tylko na mnie. Przez ich miny, jeszcze bardziej zaczynam bać się tej całej rozmowy. A oni chyba jeszcze bardziej się boją, niż ja.
– Jestem, o co chodzi? – Położyłam telefon na stół, gdy oni na mnie spojrzeli.
– Lepiej usiądź – Powiedział zdenerwowany tata.
Zrobiłam to, o co poprosił. Przez kilka minut nikt się nie odezwał. Patrzeli na mnie, a gdy ja spojrzałam na nich, szybko odwracali wzrok.
– Dobra, możecie mi powiedzieć o co chodzi? – Zdenerwowałam się lekko.
Moja siostra westchnęła i spojrzała na rodziców. Po chwili spuściła głowę, a mama wkroczyła do akcji.
– Więc... Nie wiem od czego zacząć – Odparła, lekko zakłopotana.
– Najlepiej od początku – Popędzałam ją.
– No więc Lau... – Zaczęła mama.
– Jesteś adoptowana – Dokończył za nią tata.
Przez minutę wpatrywałam się w nich, anie razu nie mrugając. Zaśmiałam się nerwowo.
– Niezły żart, a tak na serio, to o co chodzi? – Wyszczerzyłam zęby, czekając na jakąkolwiek reakcję z ich strony.
Natomiast oni patrzeli na mnie ze smutkiem. Chyba sobie jaja robią! Ja adoptowana?! Przecież jestem do nich podobna. Do Vanessy. Inni nawet mówili, że jesteśmy jak dwie krople wody! No co jest kurde?!
– I dopiero teraz mi o tym mówicie?! Czy ja mogę mieć w końcu normalną rodzinę?! I chociaż raz, jeden dzień bez żadnych problemów?! Chyba nie! – Wstałam od stołu, wzięłam telefon i wyszłam z domu trzaskając drzwiami.
Cholera jasna, co za ludzie! Za parę miesięcy kończę już 18 lat, a oni mi to mówią dopiero teraz! Moje życie to jednak pasmo niekończących się problemów. Najpierw problemy z tym, że Ross za mną ciągle łaził, potem ciągłe kłótnie i wczorajsza kłótnia z Rossem, a dzisiaj to?! Zatrzymałam się na chodniku. Czułam jak po moich policzkach spływają łzy. Wróciłam do domu, pobiegłam do swojego pokoju i spakowałam wszystkie swoje rzeczy. Kiedy miałam wychodzić, mama mnie zatrzymała. Nawet nie wiem, czy mogę ją tak nazwać!
– Czego?! – Warknęłam, ścierając łzy z policzków.
– Gdzie Ty idziesz z tą walizką? – Zapytała przestraszona.
– Jak najdalej od tej zakłamanej rodziny! – Wycedziłam przez zęby i trzasnęłam jak najgłośniej drzwiami.
Tak, tylko gdzie ja teraz pójdę? Monik? Nie chcę jej się narzucać. Zresztą nikomu się nie chcę narzucać. Ruszyłam przed siebie, zamawiając taksówkę. Czekałam chwilę, aż w końcu przyjechała. Siedziałam cicho na tylnym siedzeniu, patrząc jak za oknem zaczyna padać. Nagle zorientowałam się, że nie wzięłam pieniędzy. No i tak się stało, że kierowca mnie wyrzucił z wozu, a do tego wszystkie moje ciuchy wypadły z walizki. Naprawdę gorzej już być nie może. Pozbierałam mokre i brudne ubrania z powrotem do walizki. Wstałam na równe nogi i szłam tak w deszczu, przez okrągłe 10 minut. Stałam właśnie przed domem pani Lynch. Muszę pogadać z Rossem. Potrzebuję go teraz. Weszłam na plac i ruszyłam ku drzwiom. Zadzwoniłam dzwonkiem. Otworzyła mi pani Stormie z wielkim uśmiechem, ale kiedy mnie zobaczyła, ten uśmiech zszedł jej z twarzy. To dlatego, że wyglądam jak potwór, czy dlatego, że nie chce mnie tu widzieć?
– Boże, dziecko! Co się stało?! Wejdź do środka, bo jeszcze zachorujesz! – Wciągnęła mnie za rękę.
Z walizką stałam tak na korytarzu. Trzęsłam się jak nie wiem.
– Kto przyszedł? – Na korytarzu pojawił się Ross.
Wybałuszył oczy i jak najszybciej do mnie podbiegł. Bez słowa, chwycił mnie w ramiona, a ja przytuliłam się do jego torsu. Zaczęłam ryczeć jak nigdy dotąd. Chłopak głaskał mnie po mokrych włosach, jednocześnie mrucząc cicho "Cii...".
– Pójdę po koc, a Ty zaprowadź ją do salonu – Powiedziała w pośpiechu kobieta.
Chłopak, tak jak kazała mu mama, zaprowadził mnie na kanapę i kazał usiąść. Zrobiłam to co kazał, a starsza kobieta przyniosła mi koc i mnie nim owinęła. Blondyn usiadł obok mnie, obejmując mnie ramieniem, a pani Stormie usiadła w fotelu.
– Co się stało, kochanie? – Zapytał z przejęciem Ross.
– Nienawidzę ich... – Wychlipałam, nadal szlochając.
Nikt się już nie odezwał. Przytuliłam się do Rossa i nawet nie wiem kiedy, zasnęłam w jego ramionach. On zawsze jest kiedy go potrzebuję.
– Musi odpocząć. Zanieś ją do swojego pokoju – Usłyszałam jeszcze słowa kobiety.
Potem nadal czułam jego perfumy i jak kładzie mnie na czymś miękkim. Na pewno położył się obok mnie. Mogę się założyć, że to zrobił.

*Oczami Rossa*
Tak się o nią martwię. Biedna Lau. Musiało się stać coś naprawdę złego, skoro ma ze sobą walizkę. A ja nie mam zamiaru jej nigdzie puszczać. Ma zostać u mamy i u mnie. Chcę być jej wsparciem w każdej sytuacji i nigdy jej nie zostawię. Nie opuszczę nawet na sekundę. Potrzebuje mnie, a ja potrzebuję jej. Kocham ją najbardziej na świecie. Będę z nią do końca życia, i po nim również.
Pogłaskałem ją po policzku. Jest taka bezbronna. Niech wie, ze przy mnie zawsze będzie bezpieczna. Pocałowałem ją w czoło i kładąc się obok niej, również zasnąłem. Kocham ją. Kocham Laurę Marano nad życie...