poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Rozdział 25

*Następnego dnia*
W domu pani Lynch, panowała napięta atmosfera. Stormie dowiedziała się o wczorajszym zajściu, w którym uczestniczył także Ross. Chłopak na szczęście nie miał złamanego nosa, przez co trochę ulżyło kobiecie. Jednak nadal nie mogła pojąć, dlaczego ojciec Laury się tak zachował i uderzył jeszcze, można tak powiedzieć dziecko. Bo Ross w końcu jeszcze nie jest pełnoletni. Pomimo tego, nikt nie wracał do tego tematu. Laura jednak cały czas czuła się winna temu wszystkiemu.
Kiedy zebrali się przy śniadaniu, dziewczyna jako jedyna nie jadła, tylko wpatrywała się w talerz i grzebała w nim widelcem. Zastanawiała się, jak przeprosić Rossa i Stormie. Przecież mogło dojść do nieszczęścia. A gdyby chłopak uderzył w coś głową? Później byłaby karetka, szpital, a może nawet śmierć. Brunetka kiedy pomyślała o tym ostatnim, natychmiast upuściła widelec, a jej dłonie zaczęły drżeć. Zdała sobie sprawę, że trochę wyolbrzymia, ale jednak się zastanawia, co by było gdyby...
– Laura, zjedz coś – Usłyszała ciepły głos kobiety.
Podniosła wzrok i zobaczyła, że oboje już zjedli swój posiłek.
– Przepraszam, ale nie jestem głodna – Odparła trochę nieśmiało.
– Ale przecież musisz coś zjeść. Śniadanie to najważniejszy posiłek wciągu dnia – Nalegała Stormie.
– Mamo, nie zmuszaj jej. Jeśli nie chce, to niech nie je – Do akcji wkroczył blondyn.
Brunetka spojrzała na niego i podziękowała mu, lekko się uśmiechając.
– No dobrze. Ja idę do pracy – Powiedziała i po chwili wyjeżdżała autem z placu.
Nastolatkowie siedzieli w ciszy. Co chwilę zerkali na siebie, ale tak samo szybko odwracali wzrok. Ross nadal martwił się o dziewczynę, jednak nie wiedział co ma zrobić.
W pewnej chwili ciszę przerwała dzwoniąca komórka w kieszeni blondyna. Chłopak bez namysłu spojrzał na wyświetlacz. Przyszedł mu sms. Ross od razu przeczytał wiadomość i zamarł w bezruchu.
– Słuchaj... Ja muszę iść do... Hugona. Muszę mu pomóc w naprawie motoru – Odparł, wpatrując się w komórkę.
– Okey, ale... – Zaczęła brunetka.
– Później pogadamy, pa – Pocałował ją w policzek i już go nie było.
Rozkojarzona Laura, siedziała nieruchomo na krześle. "Jakoś wątpię, żeby to chodziło o motor" - Pomyślała, patrząc przez okno, jak blondyn wybiega z posiadłości. Westchnęła ciężko i rozejrzała się dookoła.

*Oczami Laury*
No i co ja mam teraz robić? Może zadzwonię do Monic? Dawno nie byłam na mieście. Albo w centrum handlowym. A o tej całej sprawie z "motorem", dowiem się później. Chwyciłam w dłoń komórkę i wybrałam numer do rudowłosej. Ostatnio jakoś straciłyśmy kontakt i ze sobą nie rozmawiamy, a więc muszę to naprawić.
– Halo? – Usłyszałam przyćmiony głos dziewczyny.
– Monic? Tu Laura – Usiadłam w kanapie.
– O hej! Wiesz, zabiję Cię za to, że budzisz mnie tak wcześnie – Zaśmiałam się cicho.
– Tak, tak... Ej, masz ochotę wyjść na miasto? – Zapytałam z entuzjazmem.
– Jasne, że tak. Daj mi jakieś 20 minut i spotkajmy się przy fontannie. Lecę się szykować – I tyle ją słyszałam.
Włożyłam telefon do kieszeni spodenek i od razu ruszyłam do centrum. Oczywiście zamknęłam dom i w ogóle. Nie pytajcie, skąd miałam klucze. Ale jak już chcecie wiedzieć, to wisiały obok drzwi. Szłam sobie powoli, aż w końcu doszłam do fontanny. Usiadłam na ławce i czekałam. Czekałam, czekałam i czekałam... I nareszcie się doczekałam!
– Miało Ci zejść 20 minut, a nie 40! – Oburzyłam się, witając przyjaciółkę.
– No przepraszam, ale nie mogłam znaleźć lokówki – Przytuliłyśmy się na przywitanie.
– A nie mogłaś przyjść w kucyku, czy czymś?! Akurat dziś potrzebowałaś lokówki?! – Patrzałam na nią pełna złości, a po chwili ta złość, tak szybko się ze mnie ulotniła, że aż zaczęłam się śmiać.
– Czasami się Ciebie boję – Powiedziała lekko wystraszona dziewczyna. – Co tam porabiałaś przez te parę dni?
– Nie pytaj – Usiadłam na ławce, a Monic obok mnie.
– Co się stało? – Zapytała troskliwie.
– No więc zacznę od tego, że gdy tamtego dnia wyszłaś z pokoju, trochę posprzeczałam się z Rossem. A mając na myśli "trochę", znaczy, że BARDZO. On powiedział, że ja zawsze myślę tylko o sobie. Więc ja się zdenerwowałam i powiedziałam, że gówno go to obchodzi, czy wyjadę do Miami, czy nie. I że dopóki on nie pojawił się w moim życiu, było lepiej niż teraz i po co ona za mną łaził, a on na to, że to nie jego wina, bo od samego początku czuł się przy mnie inaczej... No a potem powiedział, żebym sobie jechała do tego Miami, bo on ma to w dupie i sobie po prostu wyszedł. A ja, no cóż, sądziłam, że dobrze zrobiłam. Tylko, że w nocy miałam dziwny sen. Że ja wyjechałam do Miami i zostałam tam dłużej, bo dostałam się na studia, czy coś takiego. No, a on się żenił. I gdy przyjechałam, powiedziałam mu, że go kocham, a on powiedział ze już za późno i tak dalej. Więc gdy rano wstałam, postanowiłam pojechać do niego i go przeprosić. No i zostaliśmy parą. A wtedy zadzwonił telefon i mama mi kazała wracać do domu, bo z całą rodzinką mają mi coś ważnego do powiedzenia – Tu wzięłam oddech, i mówiłam dalej. – A gdy przyjechałam do domu, to oni oznajmili mi, że jestem adoptowana, to ja...
– Czekaj, że co jesteś?! – Krzyknęła przerażona.
– Tak, jestem adoptowana. Ale wracając, ja się tak zdenerwowałam, że spakowałam swoje rzeczy i z tego wszystkiego pojechałam do mamy Rossa. Nie powiedziałam im co się stało, a oni przyjęli mnie z otwartymi ramionami. Na następny dzień poszliśmy sobie z Rossem na spacer, a gdy wróciliśmy, to pod domem stali moi "rodzice" i Van. Wtedy też się dowiedziałam, że Vanessa też jest adoptowana i ona o wszystkim wiedziała i chciała mi powiedzieć, ale oni jej zabronili. A potem siłą chcieli mnie zabrać do domu, więc Ross staną w mojej obronie i tak się złożyło, że mój "tatuś" postanowił go uderzyć. Prawie mu złamał nos! – Oburzyłam się. – No a dzisiaj jakoś tak było trochę sztywno. Pani Lynch pojechała do pracy, a Ross dostał jakiegoś sms-a, przez którego zaczął się dziwnie zachowywać i powiedział mi, że musi iść do Hugona pomóc mu naprawić motor. Ale mi się wydaje, że to chodziło o coś innego.
– Wow. Ale ty masz zakręcone życie! Ale... Może zadzwonię do Hugona i zapytam się go, czy jest u niego Ross? – Zapytała z uśmiechem.
– Wiesz, byłabym wdzięczna – Odwzajemniłam gest.
– Ok, czekaj – Wyciągnęła komórkę, wybrała numer i przystawiła sobie ją do ucha. – Hej! ... Hugo, mam sprawę ... Tak, tak ... Ale słuchaj, jest może u Ciebie Ross? ... Ach tak A podobno zepsuł Ci się motor ... Rozumiem ... Dobra, dzięki, papa, buziaczki – I się rozłączyła.
– I co? – Spytałam wystraszona.
– Słuchaj, Hugo powiedział, że nie wie o żadnym motorze i Rossa u niego nie ma – Powiedziała, chowając komórkę.
– Czyli Ross mnie okłamał? – Oniemiałam.
– Najwidoczniej, tak – Stwierdziła.
Kurcze, no. Co było aż takiego tajnego, że nie mógł mi powiedzieć prawdy? Myślałam, że jesteśmy razem i mówimy sobie wszystko! Dobra, pogadam z nim jak wrócę, a teraz idę z Monic na mały shopping!

***

– Jestem wykończona! – Krzyknęłam siadając na pobliską ławkę.
– Ja też! Stopy to mi zaraz dosłownie, odpadną – Ściągnęła szpilkę i zaczęła gładzić kostkę.
– Dlatego ja zawsze wkładam trampki! – Zaśmiałam się.
Spojrzałam na zegarek. Wybiła godzina 15. Jak można chodzić pięć godzin po sklepach? Ja akurat nie kupiłam nic. Wszystko było jakieś takie, nie w moim stylu, za to Monic, no cóż. Jakieś 20 toreb.
– Dobra, ja wracam do domu – Odparłam wstając.
– No, daj mi znać jak z Rossem – Przytuliłyśmy się i rozeszłyśmy w inną stronę.
Nigdy więcej nie będę tyle chodzić! Czuję się, jakbym nóg nie miała. I bardzo współczuję ludziom, którzy ich nie mają. Chciałabym im jakoś pomóc! Czemu ci wszyscy premierzy, nie inwestują w protezy, tylko w jakieś durne rzeczy, które wcale nie są potrzebne ludziom? Gdybym ja tam pracowała, przeznaczyłabym wszystkie pieniądze na chorych, a nie na jakieś bezsensowne rzeczy, które i tak nie mają przyszłości.
I z takimi własnie rozmyśleniami wkroczyłam do domu. Kiedy ściągałam buty, w korytarzu pojawił się blondyn. Wyprostowałam się i spojrzałam na niego.
– Gdzie byłaś? Wystraszyłem się! – Podszedł do mnie i kiedy chciał mnie przytulić, ja się odsunęłam. – Co jest? – Zdziwił się.
– Mogę wiedzieć, dlaczego tak szybko wyszedłeś rano? – Zapytałam zakładając ręce.
– No przecież Ci mówiłem, że byłem u Hugona naprawiać motor – Odparł jakby nigdy nic.
– Ach tak? Tylko, że on nic nie wiedział o żadnym motorze i o tym, że u niego jesteś – Powiedziałam zła.
– Szpiegujesz mnie? – Spytał zdziwiony.
– Nie. Po prostu Monic dzwoniła do Hugona, a on jej wszystko powiedział. Dlaczego mnie okłamałeś? – Mój głos się załamał.
– Ja... Nie mogę Ci powiedzieć – Spuścił głowę.
– Dlaczego? Przecież jesteśmy razem, prawda? – Podeszłam bliżej.
Spojrzał na mnie smutnymi oczami, że aż mi się żal zrobiło. Dotknęłam jego ramienia, dodając mu otuchy.
– Naprawdę Ci nie mogę powiedzieć. No... Po prostu nie mogę – Odparł.
– Dlaczego? – Zapytałam ponownie.
Nic nie odpowiedział. Wzięłam rękę i odsunęłam się od niego.
– Lau... – Szepnął przybliżając się.
Ja zrobiłam krok w tył, spojrzałam na niego, po czym ominęłam go i pobiegłam do ogrodu. On mi nie ufa? Nie ufa mi. On nadal mi nie ufa! Ale, ja muszę wiedzieć! I się dowiem. Nie odpuszczę. To musi być coś ważnego, skoro nie chce mi nic powiedzieć. A ja potrzebuję jego telefonu!
Siedziałam chwilę na schodach, na tarasie. Usłyszałam nagle, jak chłopak bierze prysznic. Wstałam na równe nogi i pobiegłam do kuchni. Na blacie leżała jego komórka. Wzięłam ją do ręki i szybko weszłam w sms-y. A to co tam zobaczyłam, zaskoczyło mnie. I to bardzo zaskoczyło!
_______________________________________________
No i jak? Przepraszam, że trochę później dodaję,
ale ten tydzień była u mnie przyjaciółka i nie bardzo miałam czas pisać.
Poza tym, mam dla was smutną wiadomość. Znaczy, nie wiem, czy dla was jest smutna,
ale dla mnie jest. Chodzi o to, że...
Za jakieś 5 rozdziałów, kończę tę historię.
Jeden powód jest taki, że za tydzień szkoła i znowu bym was mogła zacząć zaniedbywać,
a drugi powód jest taki, że mam jeszcze drugiego bloga.
Mam nadzieję, że te (około) 5 rozdziałów, będzie wam się miło czytać.
Pozdrawiam <3
~ Willk

czwartek, 14 sierpnia 2014

Rozdział 24

*Oczami Laury*
Ziewnęłam, rozciągając się jak kot. Westchnęłam ciężko i zaczęłam przyzwyczajać oczy do światła. Kilka chwil później, widziałam wszystko w odpowiedniej ostrości. Rozejrzałam się po pomieszczeniu, który najwyraźniej nie był moim pokojem. Z pozycji leżącej, przeniosłam się do pozycji siedzącej. A kiedy stałam na równych nogach, zdałam sobie sprawę, że mam na sobie za dużą koszulę, która sięgała mi do połowy ud. Podrapałam się po głowie i znowu rozejrzałam się po wnętrzu.
Zielone ściany, a na jednej czarna tapeta w białe nuty i jakieś różne słowa z piosenek. Nad drzwiami wisiał obraz, na którym było morze i plaża. W kącie obok drzwi stała gitara. Obok łóżka znajdowała się niewielka szafka nocna. Przy biurku wisiała półka, a na niej zdjęcia.
Podeszłam bliżej i wzięłam pierwsze z rzędu. Był na nim chłopak. Młodszy. Widać, że był szczęśliwy, a w jego oczach widniały te iskierki radości. Przez tułów miał przewieszoną gitarę, tą samą, która stoi teraz w kącie pokoju.
– Zawsze marzył by zostać muzykiem – Usłyszałam obok ucha i aż odskoczyłam z przerażenia.
Za mną stała mama Rossa, która patrzała na zdjęcie z uśmiechem.
– Nigdy już nie był tak szczęśliwy. Dopóki Ty nie pojawiłaś się w jego życiu. Teraz również widać te same błyszczące oczy i szczery uśmiech co kiedyś – Spojrzała na mnie ze łzami w oczach – Dzięki Tobie Laura, znowu jest tym wesołym i pełnym zapału chłopakiem ze zdjęcia.
Uśmiechnęła się do mnie i starła łzy z policzków. Odwzajemniłam jej gest. Po chwili i ja poczułam słoną ciecz pod powiekami.
– Ubierz się i zejdź na śniadanie. Ja jadę do pracy – Powiedziała i wyszła z pokoju.
Na łóżku zobaczyłam sukienkę. Pewnie pani Stormie mi ją przyniosła. Odstawiłam zdjęcie i wzięłam w ręce to koronkowe cudo. Vanessa mi ją podarowała na 17 urodziny. Westchnęłam ciężko, przypominając sobie całe to wczorajsze zajście. Ruszyłam do łazienki i aż cofnęłam się o krok, jak zobaczyłam swoje odbicie w lustrze. Muszę się natychmiast ogarnąć, bo wyglądam gorzej niż strach na wróble. Dopiero teraz zorientowałam się, że do lusterka jest przyczepiona kartka. Oderwałam ją.

"Korzystaj ze wszystkiego i czuj się jak u siebie! :) 
-STORMIE"

Uśmiechnęłam się szeroko. Kocham tą kobietę! Ściągnęłam z siebie koszulkę Rossa (chyba jego) i weszłam pod prysznic. Poczułam jak gorące krople muskają moje ciało. Ale kilkanaście minut później, musiałam wyjść z tego cudownego prysznica. Zawinęłam na głowie ręcznik, a całe ciało przetarłam innym mięciutkim ręcznikiem. Zdjęłam ten turban z głowy, nałożyłam sukienkę i rozczesałam włosy. Spojrzałam na swoją twarz. Na szczęście nie miałam podpuchniętych oczu, co jest trochę dziwne. Więc moim makijażem okazała się tylko pomadka.
Gotowa wyszłam z łazienki i udałam się na dół. Gdy coraz niżej schodziłam, tym coraz bardziej czułam piękną woń świeżego chleba i pasty jajecznej. Weszłam czym prędzej do kuchni.

*Oczami Rossa*
Przygotowałem nam śniadanie. Mam nadzieję, że Laura lubi pastę jajeczną. Kiedy szykowałem ostatnią kanapkę i kładłem ją na talerz, do kuchni weszła (może trochę wbiegła) prześliczna brunetka. Dziewczyna w ślicznej, koronkowej sukience, zaczęła delikatnie muskać swoimi stopkami podłogę, zbliżając się tym samym do mnie. A ja z kanapką w górze, wytrzeszczonymi oczami i otworzonymi ustami tak, że spokojnie mogłaby się tam zmieścić piłeczka tenisowa, gapiłem się na nią jak na anioła. Bo tak zresztą wyglądała.
Te jej piękne, ciemne jak czekolada oczy... (Ross)
Te jej cudne włosy, pachnące jak kwiat wanilii... (Ross?)
Te jej usta, które jak się tylko uśmiechną, potrafią rozjaśnić najciemniejszą noc... (Ross?!)
To ona - najpiękniejszy kwiat, jest właśnie moją dziewczyną...
– Ross do cholery! – Krzyk tego najpiękniejszego kwiatu, właśnie wybudził mnie z transu.
Teraz widziałem przed sobą, całą czerwoną i wkurzoną dziewczynę, która w ogóle nie przypominała tej bezbronnej dziewczynki co wczoraj. Chyba jednak wolę jak się smuci...
– Tak? – Zapytałem jak gdyby nigdy nic i położyłem w końcu tą kanapkę na talerzu.
– Od paru minut próbuję Ci coś powiedzieć, a Ty stoisz jak ten słup i na nic nie reagujesz! – Oburzyła się, marszcząc (słodko) nos.
– Kanapkę? – Zapytałem, podnosząc talerz pod jej nos.
Przekręciła tylko oczami i uśmiechnęła się lekko. Odsunąłem jej stołek, a ona usiadła. Klapnąłem naprzeciwko niej. Dziewczyna po chwili zaczęła zajadać się kanapką. A po chwili drugą... I trzecią. Ile ona je? Zjadła prawie tyle co ja... Tego to się po niej nie spodziewałem. Tak jak tego, że pójdzie spać o 15 i wstanie dopiero o 9 rano. To jest dopiero wyczyn. Musiała być naprawdę wykończona, a ja muszę się dowiedzieć co się stało. Tak więc, przemyłem talerze i razem z Laurą postanowiliśmy, że się przejdziemy do parku. Kiedy wyszliśmy z domu, zamknąłem drzwi na klucz i wychodząc z posiadłości mojej mamy, złączyłem nasze dłonie. Dziewczyna nie sprzeciwiała się, tylko położyła głowę na moim ramieniu. I w takiej przyjemnej ciszy, doszliśmy do przepięknego parku. Usiedliśmy na ławce i postanowiłem w końcu, że się dowiem, co się takiego wczoraj wydarzyło.
– Lau, wiem, że pewnie nie chcesz o tym rozmawiać, ale powiesz mi co się wczoraj stało? Martwię się o Ciebie – Trzymając jej dłonie w swoich, patrzałem jej prosto w oczy.
Widziałem w nich smutek, a po chwili pojawiły się łzy. Przytuliłem ją jak najszybciej.
– Nie płacz. Wszystko będzie dobrze – Szeptałem, słysząc jak dziewczyna płacze.
Jednak jest jeszcze za wcześnie. Nie mogę przecież nalegać, żeby powiedziała co się stało. Nienawidzę jak płacze. Patrzę na nią i wiem, że nie mogę nic z tym zrobić, tylko ją wspierać. A to boli, bardzo boli.
– Chodź, pójdziemy na lody – Powiedziałem wstając.
Nie mogę patrzeć, jak miłość mojego życia ciągle płacze. Chcę być dla niej nie tylko jak chłopak, ale też przyjaciel, który pocieszy ją w każdej chwili. Dziewczyna spojrzała na mnie, tymi czekoladowymi oczami. Nadale trzymałem ją za rękę i chyba nigdy nie puszczę. Ona również wstała, a kiedy ruszyliśmy przed siebie, ja nie zauważyłem kamienia i poleciałem na ziemię. Brunetka zaczęła się śmiać jak opętana i w ten właśnie sposób wyleczyłem dziewczynę ze smutku. I ja sam też chciałem się z tego śmiać. Bo kiedy ona jest radosna, to ja też jestem.

*Oczami Laury*
On zawsze potrafi mnie pocieszyć. Co by się nie działo, jak bardzo bym była smutna, on wystarczy, że zrobi jeden krok, a już wraca mi uśmiech na twarz. W końcu przestałam się śmiać i zobaczyłam jak blondyn mi się przygląda.
– Co? – Zdziwiłam się, a blondyn uśmiechał się do mnie, jakby właśnie się żenić chciał.
– Nic, nic... Pomożesz? – Wyciągnął ku mnie rękę.
Zaśmiałam się cicho i podałam mu dłoń. Chłopak ją chwycił i pociągnął mnie do siebie, tak, że wylądowałam na nim.
– O Ty cwaniaku! – Krzyknęłam przez śmiech.
Oparłam się na rękach i spojrzałam mu w oczy. Chłopak otarł jeszcze moje mokre policzki od łez, a ja bez żadnego namysłu, przybliżyłam się do niego i pocałowałam. Był krótki, ale znaczący o wiele więcej. Ross uśmiechnął się do mnie, a ja przygryzłam wargę. Dopiero po chwili zdaliśmy sobie sprawę, że ludzie przechodzili obok nas i uśmiechali się, a jednocześnie dziwili, dlaczego leżymy na środku w publicznym miejscu. Na środku ścieżki w parku. Jednak my się tym nie bardzo przejmowaliśmy. Już po chwili szliśmy w stronę domu pani Stormie. Po drodze jeszcze Ross kupił mi balona w kształcie serduszka. Co prawda mieliśmy iść na lody, ale jakoś zapomnieliśmy o tym wszystkim. Szłam z balonem w ręku, a drugą trzymałam chłopaka za dłoń.
Wszystko byłoby dobrze, gdybyśmy przed domem pani Lynch nie zastali moich rodziców i Vanessy. Nie za bardzo wiem, skąd wiedzą, gdzie mieszka mama Rossa, ale nie będę w to wnikać.
– Laura! – Krzyknął w moją stronę ojciec.
A raczej były ojciec. W zasadzie to nigdy nie był moim tatą, więc po prostu pan Damiano.
– Jeszcze ich tu brakowało – Szepnęłam w stronę blondyna.
On nie za bardzo wiedział o co chodzi, a znając życie, zaraz się wszystkiego dowie. To nawet lepiej bo ja nie miałam siły mu mówić o tym wszystkim, czego się wczoraj dowiedziałam.
– Mogę wiedzieć co wy tu robicie? – Zapytałam zła.
– Moglibyśmy Cię zapytać o to samo – Powiedziała Ellen, znacząco patrząc na Rossa i na to, jak trzymamy się za ręce.
– Z tego co wiem, nie jesteś moją matką, żeby mi mówić co mam robić! – Krzyknęłam nie dowierzając, że ta kobieta jeszcze się czepia, co ja robię z blondynem.
– Jak to nie jest Twoją mamą – Nie ogarniał Ross – To o tym się wczoraj dowiedziałaś?
Spojrzałam na niego i kiwnęłam lekko głową.
– Lau, jesteś niepełnoletnia! Masz wrócić do domu! – Warknął Damiano, jednocześnie chwytając mnie za rękę.
Wyrwałam się szybko i cofnęłam, stając obok Rossa.
– Nigdzie nie będę wracać. Trzeba było mi powiedzieć wcześniej, że jestem adoptowana, to nie byłoby żadnych problemów! – Krzyknęłam takim samym tonem.
– Vanessa się jakoś tym tak nie przejęła! – Ellen zakryła szybko usta, kiedy to powiedziała.
Po chwili się zorientowałam o co chodzi. Czyli Van jest moją prawdziwą siostrą, i oni nas adoptowali.
– No nie wierzę – Odparłam oszołomiona – Van jest moją siostrą! Ale... Może ona się tym tak nie przejęła, bo była ode mnie starsza i wiedziała już chyba wtedy, że nas adoptujecie, nie?
– Dokładnie – Powiedziała jak dotąd milcząca Van – Ja chciałam Ci powiedzieć od razu, jak będziesz już wszystko rozumieć, ale oni mi nie pozwolili.
– Dosyć tego! Jedziesz z nami! – Warknął ojciec i z wielką siłą, szarpnął mnie w jego stronę.
– Nie możecie jej zmuszać, skoro nie chce z wami jechać! – Wrzasnął Ross i łapiąc mnie za talię, przyciągnął do siebie.
W tej chwili czułam się jak zabawka, o którą się kłócili. Mój "tata", zdenerwował się i uderzył blondyna prosto w nos.
– Ross! – Krzyknęłam, kiedy ten upadł na ziemię.
Oni szybko, jak jacyś bandyci wsiedli do auta i odjechali. Vanessa została z nami. Pomogłam blondynowi wstać i zaprowadziłyśmy go do domu. Zapłakana chodziłam po domu w poszukiwaniu apteczki. Van poszła do sklepu po waciki, bo się skończyły. Kiedy stanęłam naprzeciwko blondyna nie mogłam wytrzymać. Wybuchnęłam jeszcze większym płaczem niż dotąd.
– Przepraszam! To wszystko moja wina! Jestem beznadziejna! – Krzyknęłam i usiadłam obok niego na kanapie.
– Przestań Lau. Wszystko jest dobrze. Nie płacz już – Przytulił mnie.
To chyba ja powinnam go pocieszać, bo przecież mój "tatuś" prawie złamał mu nos!
– Oni mogą pójść na policje. Przecież ja jestem niepełnoletnia! – Łkałam mu w ramię.

*Oczami Rossa*
Dobra, aż takiej akcji się nie spodziewałem. Nigdy bym nie pomyślał, że Laura może być adoptowana, a tym bardziej, że jej tata, to znaczy już nie jej tata, posunie się do tego, żeby mi przywalić! No bo przecież on jest taką ważną osobą w tej całej jego firmie, a zachował się jak... jak ja! Znaczy dawny ja!
Wiem jakie Laura może przeżywać teraz piekło, bo sam kiedyś je przeżyłem. Dlatego wiem, że wsparcie kogoś jest potrzebne. Mnie wtedy nikt nie wspierał i kim się stałem? Casanovą bez serca i uczuć. Jednak mam szczęście, że znalazła się taka osoba, która potrafiła mnie zmienić i przypomnieć mi, kim tak naprawdę jestem. Więc teraz nie mogę zostawić Laury. Nie chcę aby stała się tym kimś, kim stałem się ja. Dla mnie ona jest najważniejsza. Pewien mądry człowiek powiedział, że miłość zaczyna się wtedy, kiedy szczęście drugiej osoby staje się ważniejsze niż Twoje...

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Rozdział 23

*Oczami Laury*
Biegnę. Mam na sobie krótkie spodenki i bluzkę z krótkim rękawem. Do tego marynarka i buty na niskim obcasie. Szukam kogoś. Sama nie wiem kogo. Oglądam się we wszystkie strony. Ujrzałam go. Był ubrany w garnitur. Bez zastanowienia podbiegłam do niego, tym samym on odwrócił się do mnie.
– Laura? – Zdziwił się.
Był już starszy. O wiele starszy. Stał przed kościołem.
– Kocham Cię – Tyle tylko powiedziałam.
On wydawał się być zdziwiony. Coś tu nie grało. Przecież pojechałam do Miami tylko na dwa miesiące, to dlaczego on już jest o wiele lat starszy?
– Już za późno Lau... Żenię się – Odparł, a mnie zamurowało.
– Jak to się żenisz? – Zapytałam ze łzami w oczach.
– Wyjechałaś. Dostałaś się na muzyczne studia w Miami. A teraz przyjeżdżasz i jakby nigdy nic, mówisz mi, że mnie kochasz. Mogłaś pomyśleć zanim tam pojechałaś – Powiedział patrząc mi w oczy.
– Ale Ross... – Szepnęłam. 
On bez słowa wszedł do kościoła. Usłyszałam melodię. Na schodach pojawiła się dziewczyna... Maia. W długiej białej sukni i z bukietem kwiatów w rękach. Na głowie miała welon. Również weszła do kościoła. Ja stanęłam w drzwiach. Trwała msza, a kiedy ksiądz kazał im się pocałować, Ross spojrzał na mnie, po czym bez namysłu pocałował swoją narzeczoną...
Otworzyłam oczy i poderwałam się jak najszybciej. Co to było? Spojrzałam przerażona na zegarek. Szybko wstałam z łóżka i poszłam do łazienki, aby się ogarnąć. Ubrałam tylko moją ulubioną sukienkę i buty na koturnie. Dobra, musimy pomyśleć. Wyjechałam do Miami, tam dostałam się na studia i już nie wróciłam do Los Angeles? Przecież to niemożliwe! Nie trzeba wierzyć we wszystko co w snach.
Mimo to, kiedy zjadłam śniadanie, ruszyłam do Rossa. Może powinnam go przeprosić? Poniosło mnie wczoraj. Ale przecież on też nie był lepszy! Mówił, że myślę tylko o sobie, a tak wcale nie jest! Chociaż... Nie myślałam jak on może się czuć, gdy wyjadę. Pewnie na jego miejscu zareagowałabym tak samo...
Teraz pytanie, czy przeprosić, czy nie. Może... Powiem mu o tym śnie? Ciekawe jak zareaguje. Zamówiłam taksówkę i kazałam jechać pod jego dom. Zapłaciłam taksówkarzowi i wysiadłam z samochodu. Wzięłam głęboki oddech i zapukałam do drzwi. Nikt nie otwierał. Ehh... Po co ja tu przyjeżdżałam? Odwróciłam się na pięcie, jednak ktoś otworzył drzwi.
– Laura? – Zdziwił się.
Normalnie jak w moim śnie! Odwróciłam się do niego i lekko uśmiechnęłam.
– Hej Ross. Ja przyszłam... Cię przeprosić. Znowu mnie poniosło. Ale to nie moja wina, że mam taki charakter i... – Blondyn mi przerwał, podchodząc do mnie i całując w usta.
Trochę mnie to zszokowało, ale oddałam pocałunek. Oderwaliśmy się od siebie.
– To ja Cie raczej powinienem przeprosić. Wcale nie myślałem nad tym co mówię. Wybaczysz? – Uśmiechnął się szeroko.
Pocałowałam go lekko w usta. Spojrzałam mu w oczy i również się uśmiechnęłam.
– Kocham Cię – W końcu to powiedziałam.
Nie wierzę. Kocham Rossa Lyncha. I chyba zawsze kochałam. Naprawdę mam refleks, jak nie wiem...
– Więc Lau, uczynisz mi ten zaszczyt i zostaniesz moją dziewczyną? – Zapytał, tym samym wyrywając mnie z moich rozmyśleń.
Patrzałam na niego przez chwilę, składając jego słowa w całość.
– Tak! – Krzyknęłam, ale po chwili się opamiętałam. Odchrząknęłam – To znaczy... Tak – Powiedziałam już spokojniej.
Ross się zaśmiał i znowu mnie pocałował. No któż by pomyślał, że Ross Lynch i Laura Marano będą razem? Ja na pewno nie. W pewnej chwili poczułam jak mój telefon wibruje w ręce. Spojrzałam na niego. Mamuśka dzwoni.
– Przepraszam – Uśmiechnęłam się do chłopaka i odeszłam kilka kroków – Tak mamo?
– Słuchaj Laura. Ja z tatą mamy Ci coś ważnego do powiedzenia. Mogłabyś wrócić do domu? – Trochę się przestraszyłam jej lekko załamanego głosu.
– Co się stało? – Zapytałam przejęta.
– To nie jest rozmowa na telefon. Wracaj do domu – I zakończyła naszą rozmowę.
Popatrzałam na wyświetlacz telefonu. Czuję, że to raczej nie będzie miła rozmowa z rodzicami.
– Co jest? – Blondyn do mnie podszedł.
Odwróciłam się do niego trochę przestraszona.
– Muszę wracać do domu. Spotkamy się później? – Spytałam przygryzając wargę.
– Jasne. Wpadnę po Ciebie i pojedziemy do kina, czy gdzie tam będziesz chciała – Pocałował mnie – A jakby co, to będę u mamy. A może Cię podwieźć do domu?
– Nie, nie... Dam radę. Pa – Cmoknęłam go i odwracając się ruszyłam w stronę domu.

***

Otworzyłam szybko drzwi i weszłam do domu. Strasznie się boję. Pierwszy raz słyszałam mamę, taką zdenerwowaną, a jednocześnie zmartwioną. Tylko czym? Odłożyłam klucze na półkę i weszłam do kuchni. Siedzieli przy stole. Nawet Vanessa była. Czekali tylko na mnie. Przez ich miny, jeszcze bardziej zaczynam bać się tej całej rozmowy. A oni chyba jeszcze bardziej się boją, niż ja.
– Jestem, o co chodzi? – Położyłam telefon na stół, gdy oni na mnie spojrzeli.
– Lepiej usiądź – Powiedział zdenerwowany tata.
Zrobiłam to, o co poprosił. Przez kilka minut nikt się nie odezwał. Patrzeli na mnie, a gdy ja spojrzałam na nich, szybko odwracali wzrok.
– Dobra, możecie mi powiedzieć o co chodzi? – Zdenerwowałam się lekko.
Moja siostra westchnęła i spojrzała na rodziców. Po chwili spuściła głowę, a mama wkroczyła do akcji.
– Więc... Nie wiem od czego zacząć – Odparła, lekko zakłopotana.
– Najlepiej od początku – Popędzałam ją.
– No więc Lau... – Zaczęła mama.
– Jesteś adoptowana – Dokończył za nią tata.
Przez minutę wpatrywałam się w nich, anie razu nie mrugając. Zaśmiałam się nerwowo.
– Niezły żart, a tak na serio, to o co chodzi? – Wyszczerzyłam zęby, czekając na jakąkolwiek reakcję z ich strony.
Natomiast oni patrzeli na mnie ze smutkiem. Chyba sobie jaja robią! Ja adoptowana?! Przecież jestem do nich podobna. Do Vanessy. Inni nawet mówili, że jesteśmy jak dwie krople wody! No co jest kurde?!
– I dopiero teraz mi o tym mówicie?! Czy ja mogę mieć w końcu normalną rodzinę?! I chociaż raz, jeden dzień bez żadnych problemów?! Chyba nie! – Wstałam od stołu, wzięłam telefon i wyszłam z domu trzaskając drzwiami.
Cholera jasna, co za ludzie! Za parę miesięcy kończę już 18 lat, a oni mi to mówią dopiero teraz! Moje życie to jednak pasmo niekończących się problemów. Najpierw problemy z tym, że Ross za mną ciągle łaził, potem ciągłe kłótnie i wczorajsza kłótnia z Rossem, a dzisiaj to?! Zatrzymałam się na chodniku. Czułam jak po moich policzkach spływają łzy. Wróciłam do domu, pobiegłam do swojego pokoju i spakowałam wszystkie swoje rzeczy. Kiedy miałam wychodzić, mama mnie zatrzymała. Nawet nie wiem, czy mogę ją tak nazwać!
– Czego?! – Warknęłam, ścierając łzy z policzków.
– Gdzie Ty idziesz z tą walizką? – Zapytała przestraszona.
– Jak najdalej od tej zakłamanej rodziny! – Wycedziłam przez zęby i trzasnęłam jak najgłośniej drzwiami.
Tak, tylko gdzie ja teraz pójdę? Monik? Nie chcę jej się narzucać. Zresztą nikomu się nie chcę narzucać. Ruszyłam przed siebie, zamawiając taksówkę. Czekałam chwilę, aż w końcu przyjechała. Siedziałam cicho na tylnym siedzeniu, patrząc jak za oknem zaczyna padać. Nagle zorientowałam się, że nie wzięłam pieniędzy. No i tak się stało, że kierowca mnie wyrzucił z wozu, a do tego wszystkie moje ciuchy wypadły z walizki. Naprawdę gorzej już być nie może. Pozbierałam mokre i brudne ubrania z powrotem do walizki. Wstałam na równe nogi i szłam tak w deszczu, przez okrągłe 10 minut. Stałam właśnie przed domem pani Lynch. Muszę pogadać z Rossem. Potrzebuję go teraz. Weszłam na plac i ruszyłam ku drzwiom. Zadzwoniłam dzwonkiem. Otworzyła mi pani Stormie z wielkim uśmiechem, ale kiedy mnie zobaczyła, ten uśmiech zszedł jej z twarzy. To dlatego, że wyglądam jak potwór, czy dlatego, że nie chce mnie tu widzieć?
– Boże, dziecko! Co się stało?! Wejdź do środka, bo jeszcze zachorujesz! – Wciągnęła mnie za rękę.
Z walizką stałam tak na korytarzu. Trzęsłam się jak nie wiem.
– Kto przyszedł? – Na korytarzu pojawił się Ross.
Wybałuszył oczy i jak najszybciej do mnie podbiegł. Bez słowa, chwycił mnie w ramiona, a ja przytuliłam się do jego torsu. Zaczęłam ryczeć jak nigdy dotąd. Chłopak głaskał mnie po mokrych włosach, jednocześnie mrucząc cicho "Cii...".
– Pójdę po koc, a Ty zaprowadź ją do salonu – Powiedziała w pośpiechu kobieta.
Chłopak, tak jak kazała mu mama, zaprowadził mnie na kanapę i kazał usiąść. Zrobiłam to co kazał, a starsza kobieta przyniosła mi koc i mnie nim owinęła. Blondyn usiadł obok mnie, obejmując mnie ramieniem, a pani Stormie usiadła w fotelu.
– Co się stało, kochanie? – Zapytał z przejęciem Ross.
– Nienawidzę ich... – Wychlipałam, nadal szlochając.
Nikt się już nie odezwał. Przytuliłam się do Rossa i nawet nie wiem kiedy, zasnęłam w jego ramionach. On zawsze jest kiedy go potrzebuję.
– Musi odpocząć. Zanieś ją do swojego pokoju – Usłyszałam jeszcze słowa kobiety.
Potem nadal czułam jego perfumy i jak kładzie mnie na czymś miękkim. Na pewno położył się obok mnie. Mogę się założyć, że to zrobił.

*Oczami Rossa*
Tak się o nią martwię. Biedna Lau. Musiało się stać coś naprawdę złego, skoro ma ze sobą walizkę. A ja nie mam zamiaru jej nigdzie puszczać. Ma zostać u mamy i u mnie. Chcę być jej wsparciem w każdej sytuacji i nigdy jej nie zostawię. Nie opuszczę nawet na sekundę. Potrzebuje mnie, a ja potrzebuję jej. Kocham ją najbardziej na świecie. Będę z nią do końca życia, i po nim również.
Pogłaskałem ją po policzku. Jest taka bezbronna. Niech wie, ze przy mnie zawsze będzie bezpieczna. Pocałowałem ją w czoło i kładąc się obok niej, również zasnąłem. Kocham ją. Kocham Laurę Marano nad życie...

poniedziałek, 21 lipca 2014

Rozdział 22

Wieczorem Laura pałętała się po domu, nie wiedząc co ze sobą zrobić. Kiedy zasiadła przed telewizorem, okazało się, że są same nudy. Poszła więc po swojego laptopa i zaczęła patrzeć, czy jest coś nowego. I nic. Zamknęła więc laptopa i poszła do swojego pokoju, rzucając się na łóżko. Jęknęła załamana i rzuciła poduszką.
– Ej, że jesteś zdenerwowana, to nie znaczy, że masz się wyżywać na biednej poduszce – Usłyszała głos, więc szybko się poderwała i spojrzała w tamtym kierunku.
– Czy Ty chociaż RAZ możesz wejść po ludzku, przez drzwi? – Zapytała poirytowana brunetka, odbierając od chłopaka poduszkę i kładąc ją z powrotem na łóżko.
– Nie, bo lubię patrzeć jak się denerwujesz – Wyszczerzył zęby, na co dziewczyna skwitowała to uśmiechem.
– Ale Ty mnie wcale nie denerwujesz. Po prostu myślałam, że normalny człowiek wchodzi przez drzwi, a nie jak małpa przez okno, ale widocznie się pomyliłam – Założyła ręce i lekko przekręciła głowę.
– No dzięki, miła jesteś – Powiedział sarkastycznie i oparł się o tarasowe drzwi, oczywiście były otwarte i zaliczył glebę na tarasie.
Laura wybuchnęła śmiechem. Oparła się o biurko i zaczęła głębiej oddychać, aby ból brzucha ustał.
– Już, skończyłaś? – Zapytał oburzony Ross, po czym podniósł się z zimnej podłogi. Brunetka natomiast wyszczerzyła się, ciągle mając w głowie ten upadek i minę blondyna. – To było zamierzone. – Powiedział.
– Tsa, jasne... – Jak oni lubią ciągle mówić do siebie z sarkazmem, nieprawdaż? – Powiem Ci tylko jedno - człowieku, rozwalasz mnie.
– To jak mam Cię z powrotem poskładać? – Spytał i podszedł bliżej.
– Kup super glue – Brunetka zaczęła się śmiać jak opętana, po tym co powiedziała, choć to wcale nie rozbawiło Ross'a.
Kiedy zobaczyła, że blondyn wcale się nie śmieje, uspokoiła się. Patrzyli na siebie w milczeniu. A tą ciszę zakłóciło pukanie do drzwi. Laura się otrząsnęła i podeszła do drzwi.
– Nie wyganiasz mnie? – Zapytał zdziwiony brązowooki.
– Nie. Dlaczego? Chyba mogę się z Tobą spotykać, prawda? Jesteśmy przyjaciółmi – Odparła i otworzyła drzwi. W nich stała rudowłosa.
– Hej Lau... I hej Ross – Przywitała się i weszła do środka, zaproszona przez brunetkę.
– Co Cię do mnie sprowadza Monik? – Zapytała Laura i usiadła na łóżku.
– No właśnie... Słyszałam, że wybierasz się za parę dni do Miami – Uśmiechnęła się, nie zwracając już uwagi na blondyna, który był zaskoczony tym co powiedziała.
– No tak, z Vanessą na miesiąc, a co? – Brunetka nie rozumiała, po co rudowłosa o to pyta.
– A tak się tylko pytam. Fajnie masz – Stwierdziła po chwili Monik.
– W zasadzie to mi się tam wcale nie chce jechać, ale skoro Van za małą sumę znalazła takie coś, to mam zamiar skorzystać – Położyła się na poduszce wpatrując się to w Rossa, to w rudowłosą.
Zapanowała cisza, która była trochę niezręczna dla każdego. Laura siedziała przygryzając dolną wargę. Monik stała i krzyżowała nogi, rozglądając się po pokoju. A Ross wpatrywał się w brunetkę.
– Dlaczego mi nie powiedziałaś? – Zapytał nagle blondyn, nie chowając niezadowolenia.
– To ja was zostawię... – Powiedziała cicho rudowłosa i wyszła z pomieszczenia.
Laura wstała i spojrzała zdziwiona na chłopaka.
– Wiesz, jakoś nie miałam okazji – Odparła przygryzając dolną wargę.
– Aha – Mruknął zły – Czyli kiedy miałaś mi zamiar powiedzieć, że wyjeżdżasz na drugi koniec kraju? W ostatni dzień?
Brunetkę zdziwiło jego oburzenie.
– Nie. Powiedziałabym Ci, ale w odpowiednim czasie – Powiedziała takim samym tonem – Poza tym, to tylko miesiąc.
– Tylko miesiąc?
– No, tak. Tylko miesiąc. Nie rozumiem, dlaczego się złościsz.
– Bo kiedy Cię odzyskałem, znowu Cie stracę – Głos mu się załamał – Gówno mnie obchodzi, że to miesiąc. Ciebie znowu przy mnie nie będzie.
– Ale Ross...
– Co, Ross? Zawsze są jakieś "ale". Musisz jechać do tego durnego Miami?
Popatrzała na niego bez słowa. Zdawało jej się, że chłopak jakoś nie specjalnie się z tego ucieszył. Wpatrywała się w niego przez chwilę, aż w końcu spuściła głowę.
– Wybacz mi, ale muszę odpocząć od tego wszystkiego. Za dużo wydarzyło się w ostatnim czasie. Chcę choć na chwilę nie myśleć o tym co jest tutaj, tylko po prostu odpocząć – Spojrzała na niego, aby zobaczyć jaki ma wyraz twarzy.
Jakoś niespecjalnie był zadowolony tym, co powiedziała.
– A może chociaż raz pomyślisz o kimś innym? – Wymsknęło mu się.
Po chwili pożałował tego co powiedział. Za to Laurze odebrało mowę. Jakby własnie dostała prawdą w twarz.
– Czy ty sugerujesz, że ja myślę tylko o sobie?! – Warknęła oburzona.
– Tak, tak własnie sugeruję! – Blondyn usłyszał swoje słowa.
Sam nie wie dlaczego to powiedział, ale wydawało mu się, że to nie on mówi, lecz ktoś inny.
– A mi się własnie wydaje, że to Ty myślisz tylko o sobie! – Podeszła do niego bliżej – Cały czas chcesz, żeby było po Twojej myśli! Nie liczysz się ze zdaniem innych! Może ja chcę wyjechać! Gówno Cię to obchodzi! Pomyśl o mnie, jak ja się czuje po tym wszystkim, co mi zrobiłeś! Jakie akcje miały miejsce kilka dni temu! I to wszystko przez Ciebie! Bo dopóki nie było Ciebie w moim życiu, było wszystko w porządku! Po jaką cholerę zacząłeś za mną łazić w ogóle?! – W brunetce aż się gotowało.
Ross zaś patrzał na nią ze zdziwieniem. Jednak po chwili zmrużył brwi.
– Sam nie wiem. Może dlatego, że od chwili gdy Cię pierwszy raz zobaczyłem, poczułem dziwne uczucie, jakiego jeszcze nigdy nie doznałem. Te skurcze żołądka na Twój widok... To raczej nie moja wina – Powiedział i podszedł do drzwi – Jedź sobie do tego swojego Miami, mam to w dupie.
Trzasnął drzwiami, a dziewczyna zamknęła na sekundę oczy z przerażenia. "Co mnie napadło?" - Pomyślała i położyła się na łóżku. Złapała się za głowę.
– Zasłużył sobie. Nie powinien mówić, że myślę tylko o sobie – Pomyślała na głos i spojrzała na zegarek. – O cholera, już jedenasta!
To powiedziawszy pobiegła pędem do łazienki, wzięła szybki prysznic i przebrała się w swoją piżamkę. Wróciła do łóżka. Jednak co kilkadziesiąt sekund, przewracała się z boku, na bok. Usiadła więc i włączyła lampę. Sięgnęła po laptopa i położyła na kolanach.
– Tak, tylko co ja w zasadzie chcę zrobić? – Zapytała samą siebie i po chwili namysłu zamknęła laptopa i odłożyła w to samo miejsce.
Zastanawiała się przez chwilę, czy to nie przez to, że ma wyrzuty sumienia.
– Trudno, nie przeproszę go. Niech ma za swoje – Wyłączyła lampę i położyła się do łóżka.
Tym razem zasnęła, ale miała sen, przez który była w szoku...
____________________________________________
Jestem w końcu z moim nowym rozdziałem, który...
ZNOWU jest bez sensu. Nie wiem o czym mam pisać.
Znaczy nie wiedziałam do tej pory, ale teraz mam super pomysł *.*
Który będzie zrealizowany, za jakieś 10 rozdziałów XD
Dobra, więc przepraszam, że nie było mnie tak dłuuuugo, ale w końcu jestem, nie? :D
Spodziewajcie się teraz szybciej rozdziału :*
Poza tym zmieniam wygląd bloga... To znaczy moja koleżanka, zrobi mi nagłówek PRYWATNIE *o*,
więc postanowiłam polecić jej bloga, za to, że jest taka hojna <3
Oto on: (Mówi, że 1 rozdział jest już prawie gotowy, ale ze względu na to, że mi zrobi nagłówek, musimy trochę poczekać :/ PRZEPRASZAM :C)

Pozdro ~ Willk

czwartek, 3 lipca 2014

Rozdział 21

Następnego dnia Laura ujrzała na stole przyszykowane dla niej śniadanie. Zszokował ją sam fakt, że to jej MAMA to przygotowała. Brunetka z trudem mogła uwierzyć, że jej rodzicielka od wczoraj wydaje się być inna niż zawsze. Jest dla niej bardzo miła, co trochę niepokoi brunetkę, aczkolwiek jest ucieszona tą zmianą na lepsze.
Siadając do stołu, Laura była zaskoczona, ale od razu zabrała się za spożywanie posiłku. Świeże bułki chrupała z wielką przyjemnością, a powidła sprawiały, że rozpływała się z rozkoszy. To wszystko popijała herbatą z miodem i miętą. Na stole również leżał go-gurt, który brązowooka zostawiła sobie na sam koniec.
Kiedy dziewczyna delektowała się słodkim jogurtem, do pomieszczenia weszła jej siostra z słuchawkami na uszach. Gdy jednak zobaczyła młodą Marano, szybko się ich pozbyła.
– Jak tam gardło? – Zapytała na wstępie.
Brunetka spojrzała na siostrę, połknęła to co miała w buzi i kiwnęła głową, robiąc przy tym minę "ujdzie". Po chwili znowu wróciła do swojej słodkości. Westchnęła tylko, czując jego smak. Szatynka usiadła naprzeciwko Laury z tacą, na której miała jedzenie.
– Gdzie kupiłaś taki śliczny naszyjnik? – Vanessa zrobiła maślane oczka, wpatrując się na szyję swojej siostry.
Laura ujęła połowę serca w dwa palce, patrząc na napis. Uśmiechnęła się sama do siebie, po czym spojrzała na śliniącą się Van.
– Dostałam – Odparła, nawet nie myśląc co robi. Wróciła do pałaszowania końcówki go-gurtu. W jednej chwili upuściła opakowanie i spojrzała przerażona na siostrę. – Ja mówię! – Krzyknęła, łapiąc się za szyję.
– A czemu miałabyś nie mówić? – Zdziwiła się szatynka. – Aaaa... – Po chwili załapała i popatrzała na całą w skowronkach Laurę. Uśmiechnęła się i zaczęła jeść śniadanie.
– Van, wiesz co to znaczy?! Wiesz?! Jedziemy do Miami! – Wrzasnęła skacząc po kuchni i tuląc do siebie siostrę, która już miała dzwonić do psychiatryka. Jednak brunetka się uspokoiła i stanęła sparaliżowana w miejscu.
– Co Ci? – Vanessa się wystraszyła i podeszła do siostry, kładąc jej rękę na ramieniu. Laura na nią spojrzała po chwili, przez co szatynka się trochę wystraszyła i odskoczyła od brunetki.
– Muszę coś załatwić. Jakby rodzice pytali gdzie jestem, to powiedz im, że poszłam na spacer. Dzięki, pa. – Pocałowała ją w policzek i wybiegła z domu, podskakując. Szatynka jeszcze chwilę stała w miejscu, analizując co się przed chwilą stało.
– Mogłam jednak zadzwonić do psychiatryka – Stwierdziła i wróciła do kończenia posiłku.
Tymczasem Laura jak najszybciej chciała dostać się do blondyna, który wczoraj sprawił jej taki piękny prezent. Miała nadzieję, że zastanie go w swoim "domu", więc bez namysłu tam ruszyła. Teraz miała gdzieś te ciemne uliczki. Chciała mu powiedzieć wszystko co jej leży na sercu, czyli same dobre rzeczy. Podeszła do drzwi i zapukała lekko. Otworzył jej wysoki brunet, o ciemnych oczach. Na początku nie kojarzyła go, ale po chwili zrozumiała, że to najlepszy przyjaciel Ross'a.
– Hej Lau – Uśmiechnął się i oparł o drzwi.
– Cześć, jest Ross? – Zapytała na starcie. Brunet spojrzał na nią zaskoczony.
– No.. Nie. Nie ma. Pojechał do swojej mamy – Odparł po chwili.
– To ubieraj się. Zawieziesz mnie – Uśmiechnęła się szeroko, a on spojrzał na nią jak na idiotkę.
– Wiesz Lau, ja nie mam teraz cza... – Laura nie dała mu dokończyć, tylko zatkała usta dłonią.
– Hugo – Słodko spojrzała na chłopaka – To nie było pytanie – Powiedziała powoli, dając mu do zrozumienia, że nie przyjmuje odmowy.
– Ok. Idę po kask – Wystraszony szybko zniknął, i wrócił również szybko.
Chłopak podał jej jeden kask, a sam usiadł bez. Bardziej boi się o Laurę, bo jeśli jej się coś stanie, to wtedy Ross go zabije. A ze względu na to, że ma tylko jeden, rozsądniej było dać go jej. Jechali najpierw ciemnymi uliczkami, a potem wyjechali w samym centrum Los Angeles. Brunetka dokładnie badała drogę, aby na wszelki wypadek ją zapamiętać, gdyby miała kiedyś jeszcze odwiedzić swoją przyszłą teściową... Yyy.. To znaczy... No. Wiadomo o co chodzi.
Motor zatrzymał się przed wielkim domem. OGROMNYM domem. Laura nie odrywając wzroku od budynku, ściągnęła kask i wręczyła go Hugonowi. Skierowała się do drzwi.
– Nie ma za co. – Wymamrotał sarkastycznie i odjechał.
Brunetka zadzwoniła dzwonkiem, wpatrując się w ogród. "Jego mama musi być miłośniczką roślinek..." Pomyślała i uśmiechnęła się. Dotknęła wysokiego słupa, podtrzymującego balkon i jednoczenie służącego jako ozdoba. Drzwi powoli zaczęły się otwierać, a zza nich wynurzyła się kobieta, która była bardzo zaskoczona widokiem brunetki.
– Laura – Uśmiechnęła się widząc dziewczynę. (Inaczej mówiąc - swoją przyszłą synową :D – od aut.)
– Dzień dobry, czy jest Ross? – Zapytała, wchodząc do środka, zaproszona przez panią Stormie.
– Tak jest. Jest w kuchni. Uczy się gotować – Zaśmiała się kobieta, a Laura zmrużyła oczy i wzięła dwa krótkie wdechy przez nos.
– Tak, czuję właśnie – Odparła, wachlując sobie dłonią przed twarzą. Pani Stormie wybałuszyła oczy.
– Ross, coś Ty tam zrobił?! – Krzyknęła przerażona i ruszyła do kuchni, zatykając nos.
Kiedy weszły do pomieszczenia zwanego kuchnią, ujrzały blondyna stojącego nad patelnią ze... spalonym naleśnikiem.
– No bo tak wyszło, że dostałem sms-a i... Lau? – Kiedy odwrócił się do swojej rodzicielki, zaniemówił widząc brunetkę i do tego upuścił GORĄCĄ patelnię, która upadła prosto na jego nogę.
Zajęczał z bólu i szybko ją podniósł, wkładając do zlewu. Oczywiście, zamiast chwycić za rączkę, to podniósł ją łapiąc za dno, przy czym poparzył dodatkowo dłoń.
– Oj Ross... Pójdę po apteczkę. Wrócę za jakieś 10 minut – Kobieta dała jasno do zrozumienia, że zdążą sobie pogadać. Kobieta wyszła z kuchni, zostawiając nastolatków samych.
– No więc... Co Cię sprowadza do mnie? No chyba, że przyszłaś do mojej mamy, to...
– Nie. Przyszłam do Ciebie – Natychmiast mu przerwała.
– No dobra. Więc przyszłaś do mnie i... – Zachęcał ją do dalszego mówienia.
– I chciałam Cię przeprosić za wczoraj. Nie odezwałam się, bo straciłam głos. I chciałam Ci również podziękować za – Wyciągnęła spod koszulki naszyjnik – Ten prezent.
– Nie masz za co przepraszam i nie masz za co dziękować. Wiesz, zdałem sobie sprawę, że coś jest z Twoim głosem, gdy otworzyłaś usta, żeby coś powiedzieć, a potem odwróciłaś się bez słowa – Odparł, prostując się i naciągając usta.
Po niecałych dwóch sekundach, w pomieszczeniu pojawiła się pani Stormie, z apteczką. Położyła ją na stole, a blondynowi skazała ruchem ręki, żeby usiadł. W pewnej chwili zadzwonił telefon. Kobieta odeszła na bok i odebrała. Mówiła oddzielnymi słowami, przez co nastolatkowie nie mogli zrozumieć o co chodzi. Pożegnała się i rozłączyła.
– Słuchajcie, muszę jechać do biura w ważnej sprawie. Laura, opatrzysz oparzenie? – Zapytała proszącym tonem, przez co brunetka się uśmiechnęła.
– Jasne – Odpowiedziała. Mama Ross pożegnała się z nimi i wyszła z domu.
Laura bez słowa podeszła do stołu i otworzyła apteczkę. Wyciągnęła z niej żel w aerozolu tak zwany termocool i plastry sterylne. Blondyn obserwował każdy jej ruch.
– Gdzie się oparzyłeś? – Zapytała miło. Ross wskazał jej na dwa palce.
Brunetka wstrząsnęła aerozolem i psiknęła z bezpiecznej odległości. Usłyszała cichy jęk chłopaka. Wyjęła dwa plasterki i nakleiła delikatnie. Wyrzuciła niepotrzebne rzeczy, spakowała wszystko w apteczkę i odsunęła na bok.
– To już? – Zapytał mało inteligentnie.
– A co? Chciałeś do szpitala jechać? – Zdziwiła się i prychnęła, co spowodowało, że chłopak się uśmiechnął.
– Nie no, ale myślałem, że podmuchasz, czy coś... – Odparł rozczarowany. Na jego twarzy pojawił się lekki grymas.
Dziewczyna zaczęła się z niego śmiać i poczochrała mu włosy. Sama nie wie dlaczego to zrobiła. Chłopak popatrzał na nią trochę rozkojarzony.
– Sorki, ale wyglądałeś tak słodko. Nie mogłam się powstrzymać – Powiedziała, a jej policzki zrobiły się lekko różowe.
– Naprawdę? Uważasz, że jestem słodki? – Spytał, robiąc brewki i wstał od stołu, podchodząc do brunetki. Podniosła na niego wzrok, a jej kąciki ust podniosły się do góry.
– Tylko jak nie udajesz maczo – Odparła, dotykając czubkiem palca jego klatki piersiowej, ale szybko go zabrała. Ross podniósł ręce do góry.
– A czy ja kiedyś przy Tobie udawałem kogoś innego? – Zapytał podnosząc jedną brew do góry.
– Nie no, co Ty! Nigdy! – Krzyknęła sarkastycznie.
– A no widzisz – Wyszczerzył zęby i spojrzał jej w oczy.
– To był sarkazm idioto! – Parsknęła krótkim śmiechem, co trochę go wybiło z tropu.
– To jest chyba najmilsze przezwisko, wymówione z Twoich ust i skierowane do mnie – Odparł po chwili namysłu i podszedł jeszcze bliżej. Dziewczyna wpadła na ścianę.
– Uhm... Naprawdę? – Zapytała zakłopotana tym, że blondyn był już bardzo blisko.
– Wiesz, że jeszcze nigdy nie pocałowałem Cię, kiedy Ty tego chciałaś? – Zmienił temat i przysunął się bliżej, ale poczuł palce dziewczyny na jego ustach.
– Teraz jeszcze też tego nie zrobisz kochany... – Szepnęła i wyszczerzyła się. Wyszła z kuchni, a potem z domu.
– Tia... Leci na mnie – Stwierdził i poszedł do swojego dawnego pokoju.
________________________________________________________
Dłuższy, jest więcej Raury (z obydwu stron ^^) i...
Mam nadzieję, że rozdział jest lepszy od poprzedniego.
Ostatnio zaczęłam sobie olewać te blogi, nawet nie wiem dlaczego...
Aż... Naszła mnie wena i ponownie mam ochotę pisać :)
Choć i tak rozdział nie jest rewelacyjny, ale dążę jeszcze do tego,
aby następne były lepsze :)
Czekam na wasze opinie i naprawdę, każdy komentarz się dla mnie liczy,
nigdy nie olewałam żadnego komentarza...
(I sorki jak są jakieś błędy! Pisałam na telefonie!)
Pozdrawiam <3

~ Willk